wtorek, 29 listopada 2016

Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć. Magiczne miejsca i postacie. Kolorowanka

Praca zbiorowa
Tytuł – Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć.
Magiczne miejsca i postacie. Kolorowanka
Tytuł oryginału – Fantastic Beasts and Where to Find Them
Wydawnictwo HarperCollins Polska
ISBN 978-83-276-2400-0


W 2002 roku, między kolejnymi tomami przygód Harry'ego Pottera, zostały wydane dwie króciutkie publikacje: Quiddich przez wieki autorstwa Kennilworty'ego Whispa oraz Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć, której autorem jest Newt Skamander. Dziś skupię swoją uwagę na tej drugiej pozycji. 

Kilka dni temu, dzięki uprzejmości Wydawnictwa HarperCollins Polska, wpadła mi w ręce przepiękna publikacja. Jest to kolorowanka dla dorosłych Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć. Magiczne miejsca i postacie. O ile Newt Skamander pisał o zwierzętach, często niebezpiecznych, o tyle kolorowanka koncentruje się na scenach-kadrach z filmu, który trafił na ekrany kin w Polsce 18 listopada br.


Nie ukrywam, że jestem dorosłą fanką Harry'ego Pottera i świata wykreowanego przez Joanne Kathleen Rowling. Od lat czuję się zaczarowana i oczarowana, tak książkami, jak i filmami o młodym czarodzieju. Nowa publikacja od HarperCollins przenosi nas w czasy, gdy Harry'ego jeszcze nie było na świecie, ba nawet nie był w planach. Zajrzyjcie do niej, aby przekonać się co autorzy rysunków Nicolette Caven i Micaela Alcaino dla nas przygotowali.


Rysunki-kadry filmowe prowadzą nas wstecz, bo do lat dwudziestych XX wieku. Nowy Jork, właśnie do miasta przybywa młody Newt Skamander. I jest jak w filmie, obrazek po obrazku, czujemy się jakbyśmy byli w kinie. Oglądamy czarno-białą historię, która dzięki wam nabierze barw i zacznie cieszyć oczy.


Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć to przepiękna kolorowanka, gdzie znaleźć można tętniące życiem ulice Nowego Jorku, magiczne rekwizyty, symbole i artefakty, a także jakieś zabłąkane fantastyczne zwierzę. Książka przyda się do spędzenia więcej czasu ze swoim dzieckiem, bawiąc się i kolorując. Ilustracje mają różny poziom trudności i pozwolą na "zabawę" dziecku w wieku siedem plus. Oczywiście są tutaj także bardziej skomplikowane rysunki - one będą jak ulał dla mamy lub taty, a może starszego rodzeństwa.


Kolorowankę Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć polecam dzieciom i dorosłym. Nie jest ważne czy jesteś fanem Harry'ego Pottera; nie jest również ważne czy oglądałeś ekranizację - ta pozycja powstała, aby bawić ucząc i uczyć bawiąc. Książka stanowi wspaniały sposób na relaks po stresującym dniu. Pobudza wyobraźnię i rozwija kreatywne myślenie. Świetnie nada się na prezent pod choinkę na zbliżające się święta. Niebywała gratka i pozycja obowiązkowa dla każdego potteromaniaka.

Nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć wszystkim przyjemnej rozrywki.

Dziękuję



Książka bierze udział w wyzwaniach:
52/2016 - 173/52, Czytam fantastykę, Czytamy nowości, Dziecinnie, Gra w kolory, Olimpiada czytelnicza, Pod hasłem 2016, Przeczytam 100 książek w 2016 roku - 173/100, Przeczytam tyle, ile mam wzrostu - 0,8 = 42 cm, Reading Challenge 2016, W 200 książek dookoła świata - Wielka Brytania

poniedziałek, 28 listopada 2016

Zaginiony - C.L. Taylor

Autor – C.L. Taylor
Tytuł – Zaginiony
Tytuł oryginału – The Missing
Przekład – Urszula Gardner
Wydawnictwo Burda Książki
ISBN 978-83-8053-144-4


Kochacie swoją rodzinę. Ufacie jej. Czy dobrze robicie?
Gdy piętnastoletni Billy Wilkinson znika z domu w środku nocy, winny czuje się każdy członek jego rodziny. Jednak Wikinsonowie  tak nawykli do zatajania przed sobą różnych spraw, że prawda zaczyna wychodzić na jaw dopiero po pół roku, gdy telewizyjny apel o informacje w sprawie zaginionego przynosi skutek odwrotny do zamierzonego.
Akcja powieści Zaginiony rozpoczyna się pół roku po feralnym zniknięciu Billy’ego. Narratorką i główną bohaterką książki jest matka chłopaka, Claire. Czterdziestoletnia kobieta jest przekonana, że jej młodszy syn żyje i stara się wierzyć, że go odnajdzie. C.L. Taylor zastosowała ciekawy chwyt rozpoczynając narrację właśnie po sześciu miesiącach od zaginięcia chłopca. Nie towarzyszymy matce, rodzinie Billy’ego od początku, dzięki czemu omija nas początkowe, często nudnawe śledztwo.

Claire jest silną kobietą, która stara się jak może, aby jej rodzina się nie rozsypała. Dramat, który ich dotknął, odciska piętno na psychice każdego z członków rodziny. Taylor przedstawia nam scenariusz, którego obawia się każda matka. Zaginięcie dziecka, to horror dla rodzica. Nie dziwi, że Claire bierze sprawy w swoje ręce i rozpoczyna swoje małe, prywatne śledztwo. Niestety, zaczyna dziać się z nią coś dziwnego. Nawracające zaniki pamięci nie ułatwiają poszukiwań syna. Koszmarne jest również to, że kobieta potrafi obudzić się w całkiem obcym miejscu, znaleźć w torebce dziwne przedmioty… a w osłupienie wprawia ją, gdy któregoś dnia budzi się z zakrwawionymi rękoma, i nie wie co się stało.

Dziś telewizja wyemituje drugi apel. Mój syn zniknął pół roku temu. Pół roku? Aż tyle? Psycholożka, do której zwróciłam się miesiąc po zniknięciu, twierdziła, że ból będzie słabł i że już nigdy nie odczuję straty tak silnie jak tamtego pierwszego dnia.
Kłamała.
Bardzo dobrze wykreowani bohaterowie, a szczególnie postać Claire, matki cierpiącej, wątpiącej i poszukującej odpowiedzi. Mam trochę starszego syna i jestem w stanie zrozumieć Claire. Polubiłam ją i spokojnie mogłabym się z nią utożsamić. Nawet nie chcę sobie wyobrażać, co może czuć matka, gdy jej dziecko znika bez żadnych wieści. Zdecydowanie nie jest to sytuacja do pozazdroszczenia.

Zaginiony to naprawdę dobry thriller psychologiczny. Wprowadza niepokój, wciąga, zaskakuje i intryguje. Trzyma w napięciu do samego końca i nie pozwala się oderwać. Książki się nie czyta spokojnie, nie rozsmakowuje w niej, tylko pochłania łapczywie, wielkimi kęsami. Przyznaję, że byłam głodna takiej lektury właśnie w tej chwili. 

Zaginiony pokazuje nam, jak wiele jest w stanie znieść człowiek w momencie dramatu, który stał się udziałem rodziny Wilkinsonów. Najbardziej ciekawa była jednak dla mnie postać oraz psychika głównej bohaterki i jej przeżycia. Świetnym zabiegiem jest wprowadzenie luk w pamięci, które okazują się być amnezją dysocjacyjną.
Więź matki z dzieckiem jest nierozerwalna, co jednak, gdy matka ma straszliwą tajemnicę do ukrycia?
Zaginionego polecam miłośnikom thrillerów, powieści psychologicznych, ale chyba przede wszystkim kobietom, matkom, które będą na pewno miały łatwiej wejść w skórę głównej bohaterki.

Dziękuję


Książka bierze udział w wyzwaniach:

52/2016 – 172/52, Czytamy nowości, Gra w kolory, Grunt to okładka, Historia z trupem, Kiedyś przeczytam 2016, Motyw zdrady w literaturze, Olimpiada czytelnicza, Pod hasłem 2016, Przeczytam 100 książek w 2016 roku – 172/100, Przeczytam tyle, ile mam wzrostu – 2,8 = 41,2 cm, Reading Challenge 2016, W 200 książek dookoła świata – Wielka Brytania

niedziela, 27 listopada 2016

DIMILY 3. Czy wspomniałam, że za Tobą tęsknię - Estelle Mascame

Autor – Estelle Mascame
Tytuł – Czy wspomniałam, że za Tobą tęsknię?
Tytuł oryginału – Did I Mention I Miss You
Seria – DIMILY, część 3
Przekład – Anna Dobrzańska, Joanna Wasilewska
 Wydawnictwo Feeria Young
ISBN 978-83-7229-609-2


Czy wspomniałam, że za Tobą tęsknię? stanowi trzecią i ostatnią część serii dla młodzieży DIMILY brytyjskiej, młodziutkiej pisarki debiutującej na Wattpadzie, Estelle Mascame. DIMILY ogłoszona fenomenalną serią, wcale taka nie jest. Owszem jest dość interesująca, ale mocno nierówna. Nie da się wystawić zadowalającej oceny każdej z części. Najlepiej w takim razie ocenić całość bez większej szkody dla trylogii.

Akcja książki zaczyna się rok po zakończeniu wcześniejszej części Czy wspomniałem, że Cię potrzebuję? Eden nie promienieje z radości. Tyler po ogłoszeniu, że się kochają i chcą być razem, zostawił ją samą. Dziewczyna musiała stawić czoła wściekłej rodzinie, która nie chce słyszeć o takim związku, który ma narazić ich na śmieszność. Eden jest zła, rozgoryczona i zdradzona. Nie dziwi więc fakt, że próbuje z całych sił wyrzucić ze swej pamięci wspomnienia o Tylerze i o uczuciu, które się między nimi zrodziło.

Ale kiedy wydaje się, że jest już „wyleczona”, że zapomniała, znów pojawia się Tyler i uczucia powracają do Eden ze zdwojoną siłą. Tylko czy dla nich, jako pary, istnieje jeszcze jakaś szansa?
Przez cały czas milczymy i zaczynam się obawiać, że ta cisza pochłonie nas na dobre. Gdzieś między lipcem ubiegłego roku i chwilą obecną utraciliśmy wszystko. Żarty, które tylko my rozumieliśmy, znaczące spojrzenia, wyjątkowe chwile, obietnice, odwagę i nasz wspólny sekret. Straciliśmy miłość i namiętność, które nas łączyły.
Została nam tylko cisza.
Przykro mi o tym pisać, ale nie przekonała mnie ostatnia odsłona DIMILY. Uważam, że książka jest najsłabszym ogniwem trylogii. Niby wszystko pięknie się ułożyło, a autorka wyszła obronną ręką i udało jej się rozpoczęte wątki doprowadzić do końca, jednak szczerze mówiąc totalnie wieje nudą. Oj, nie postarała się Estelle Mascame tym razem. Bardzo jestem rozczarowana.

Bohaterowie, owszem dorośli, stali się bardziej dojrzali, ale nie dodało to rozumu Eden, a Tyler został odarty  z wszystkiego, co stanowiło o jego tożsamości. Jedynym tematem, który odrobinę ratuje snutą historię jest rodzina Eden i Tylera, ich wspólne relacje i to jak sobie radzą z zaistniałą sytuacją. Z Eden miałam zresztą od początku pewien problem. Nie za bardzo się polubiłyśmy. Zdecydowanie wolałam Tylera, tego niezbyt grzecznego chłopaka z problemami. Ale, niestety, w tej części autorka zrobiła z niego zbyt porządnego i kompletnie bez wyrazu. Za bardzo brytyjska pisarka polukrowała tę opowieść. Aż „odbijało” mi się od nadmiaru słodyczy.

Swoje randez vous z powieścią Czy wspomniałam, że za Tobą tęsknię? i z serią DIMILY uważam za zakończone i niezbyt udane. Być może mój problem z tym cyklem polega na tym, że jestem za stara. Jednak czytam wiele książek młodzieżowych i niektóre z nich naprawdę potrafią mnie porwać, a nawet uwieść. Trylogia DIMILY mnie nie uwiodła, ale ma jedną wyraźną zaletę. Czyta się ją bardzo szybko, kartki po prostu same się przewracają. Jest to z pewnością zasługa bardzo lekkiego pióra autorki oraz niezbyt skomplikowanej fabuły. Być może kolejne powieści Estelle Mascame (o ile powstaną), będą lepsze. Kto wie? Może jeszcze kiedyś nasze drogi się zejdą. Na razie mam dosyć.

Jeżeli mam w ogóle polecać tę powieść i całą trylogię komukolwiek, to sądzę, że najlepiej odnajdą się w tej historii młodzi czytelnicy, a zwłaszcza czytelniczki. I właśnie młodzieży polecam tę książkę oraz tym, którzy poszukują nieskomplikowanej i lekkiej opowieści. Chyba seria Mascame nada się idealnie na ponure, szare i pochmurne ostatnie dni jesieni.

Dziękuję



Książka bierze udział w wyzwaniach:

52/2016 – 171/52, Czytam Young Adult, Czytamy nowości, Dziecinnie, Gra w kolory, Kiedyś przeczytam 2016, Motyw zdrady w literaturze, Olimpiada czytelnicza, Pod hasłem 2016, Przeczytam 100 książek w 2016 roku – 171/100, Przeczytam tyle, ile mam wzrostu – 2,8 = 38,4 cm, Reading Challenge 2016, W 200 książek dookoła świata – Wielka Brytania

sobota, 26 listopada 2016

Serce z popiołu - Kathrin Lange

Autor – Kathrin Lange
Tytuł – Serce z popiołu
Tytuł oryginału – Herz zu Asche
Trylogia – Serce ze szkła
Przekład – Miłosz Urban
Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA
ISBN 978-83-287-0403-9


Serce z popiołu to ostatnia odsłona trylogii Kathrin Lange Serce ze szkła zainspirowanej powieścią Rebeka Daphne du Maurier. Trochę teatralna fabuła thrillera dla młodzieży właśnie dobiega końca. Dlatego nie skupię się tylko na tej konkretnej części, lecz podsumowaniem całości. Zacznę nietypowo dla siebie, bo od okładek. Niektórym z was okładki książek Lange przypadły do gustu. Mnie niezbyt przekonały. Jawiły mi się, przez owo serce na każdej z nich, jako trochę tanie romansidła i w moim odczuciu nie ratowały ich gotyckie motywy roślinne. Na szczęście z typowymi romansami nie mają nic wspólnego, choć generalnie uczucie tutaj również odgrywa ważną rolę.

Charlie żyje. Dziewczyna, która przez dwie części uważana była za zmarłą, jednak żyje. Nastolatka, która prawie zniszczyła życie swojego narzeczonego, nie zginęła roztrzaskana na skałach pod klifem, z którego spadła, nie utonęła też w odmętach wodnych. Przeżyła i po miesiącach nieobecności, kiedy wszystko wracało już do normy, wróciła i zaczyna siać zamęt.
Jakie to uczucie, kiedy wszystko, co wydawało się prawdą, w jednej chwili zmienia się w pył? Gdy wszystko, co wcześniej budziło w tobie strach, nagle przestaje mieć znaczenie, bo nagle rzeczywistość staje się znacznie gorsza niż najstraszniejszy koszmar?Do dziś zadaje sobie pytanie, dlaczego w tamtym momencie, kiedy wszyscy staliśmy na skraju urwiska, nie znalazłam w sobie dość siły. Tamtego dnia powinnam skoczyć w otchłań. Nie ukrywam, ze chciałam to zrobić.
Stabilny związek między głównymi bohaterami trylogii Juli i Davidem, może nie wytrzymać tych rewelacji. Zwłaszcza, że Charlie nie zamierza zasypiać gruszek w popiele i stawia sobie za zadanie ponowne zdobycie chłopaka. Duch Madeleine Bower, obecny w poprzednich częściach, znów daje o sobie znać, „uderza” ze zdwojoną siłą i próbuje wpędzić Juli w obłęd. Czy jedynym wyjściem z tej sytuacji jest zakończenie bliskości zrodzonej z prawdziwego uczucia? Czy David zostawi Juli, by chronić jej życie?

Niestety nadal uważam, że najsłabszą stroną książki są postaci stworzone przez Kathrin Lange. Przykro mi, ale zwłaszcza główni bohaterowie mnie nie przekonują. Coś mi w nich zgrzyta, do końca nie wiem co, ale jeśli pojawiają się jakieś wątpliwości, to coś musi być na rzeczy. Żadna z przedstawionych postaci nie wydaje mi się na tyle ciekawa czy intrygująca, abym chciała się z nią utożsamiać.

Serce z popiołu klimatem przypomina mi Serce ze szkła. Jest znów mrocznie, duszno i tajemniczo. Powraca, wyczekiwana przeze mnie we wcześniejszej odsłonie, atmosfera posępności i przygnębienia. Niemiecka autorka ma niebywale lekkie pióro, dzięki czemu kartki same się przewracają, a lektura ponad czterystustronicowej książki to bagatela. Istnieje możliwość zarwania nocy, bo od książki naprawdę ciężko się oderwać.
Serce w mojej piersi jest na najlepszej drodze, by znów stanowiło całość. Dobrze się z tym czuję. Może znikną kiedyś z niego wszystkie pęknięcia, lecz w głębi duszy się domyślam, że zostanie na nim cieniutka otoczka szarego popiołu. Szczypta bólu. Ale i z tym się pogodziłam.
Powieść Serce z popiołu, tak jak całość, polecam przede wszystkim młodszym odbiorcom, bo właśnie do młodzieży ta trylogia została skierowana. Sądzę jednak, że i starszym czytelnikom historia stworzona przez Lange może się spodobać. Serię polecam tym z was, którzy lubicie thrillery w mrocznym klimacie, a także miłośnikom gotyckich powieści z dreszczykiem.

Dziękuję


Książka bierze udział w wyzwaniach:

52/2016 – 170/52, Czytam Young Adult, Czytamy nowości, Dziecinnie, Gra w kolory, Historia z trupem, Kiedyś przeczytam 2016, Motyw zdrady w literaturze, Olimpiada czytelnicza, Pod hasłem 2016, Przeczytam 100 książek w 2016 roku – 170/100, Przeczytam tyle, ile mam wzrostu – 3,1 = 35,6 cm, Reading Challenge 2016, W 200 książek dookoła świata - Niemcy

piątek, 25 listopada 2016

Jedyne wyjście - Helen FitzGerald

Autor – Helen FitzGerald
Tytuł – Jedyne wyjście
Tytuł oryginału – The Exit
Przekład – Mariusz Gądek
Wydawnictwo Burda Publishing Polska
ISBN 978-83-8053-143-7


Trzymaj się z dala od pokoju numer 7.
Catherine Mann, samolubna i niedojrzała dwudziestotrzylatka jest jedną z dwóch głównych bohaterek najnowszej powieści Helen FitzGerald Jedyne wyjście. Drugą jest starsza kobieta, pisarka i ilustratorka książek dla dzieci Rose Price, obecnie zamieszkująca jeden z pokoi w domu opieki „Zielona Przystań”. Rose cierpi na chorobę Alheimera, więc raz żyje w rzeczywistości i ma osiemdziesiąt dwa lata, by za chwilę przenieść się do swojego dzieciństwa, przeżywając ciągle i ciągle ten sam moment, jako dziesięciolatka.

Na pewno zastanawiacie się w tym momencie co wspólnego może mieć staruszka z demencją z dziewczyną, dla której najważniejsze jest jej własne dobro i bardziej żyjącej w mediach społecznościowych niż naprawdę. Otóż bardzo wiele, bo oto Catherine, zmuszona przez matkę rozpoczyna pracę właśnie w „Zielonej Przystani” (de facto nazwa cudowna, sielska i anielska, tylko brać i się przenosić na stare lata do takiego ośrodka).

Jedyne wyjście określone zostało jako thriller psychologiczny. O ile druga część książki to faktycznie thriller, to pierwsza połowa zdecydowanie jest powieścią obyczajową. Niemniej książkę czyta się doskonale. Bardzo łatwo przejść przez meandry wydarzeń stworzonych ręką australijskiej pisarki. Choć tematyka do najłatwiejszych nie należy. Starość, demencja, śmierć oraz inne choroby, które dotykają pensjonariuszy domu opieki. To trudne, ale bardzo ważne dla każdego z nas. Nigdy nie wiadomo z czym nam przyjdzie się zmierzyć.

Bohaterowie tej historii zostali wykreowani bardzo uważnie i są ludźmi z krwi i kości. Nie polubiłam Catherine od początku książki, ale w trakcie czytania powoli zmieniałam o niej zdanie. Niesamowite jak ta niedojrzała młoda kobieta przedzierzga się w odpowiedzialną, godną zaufania osobę. A najlepsze jest w tym to, że zauważa, jak bardzo płytka była i ona i jej najbliżsi znajomi, z którymi spędzała czas. Świetnie wykreowana została postać chorej staruszki Rose ze swoimi demonami powracającymi do niej z przeszłości. Rose nie czuje się bezpiecznie w „Zielonej Przystani”, rysuje jakieś, tylko sobie wiadome sceny, a punktem stycznym tych rysunków jest niezamieszkany pokój numer siedem. Jak to zwykle w takich przypadkach bywa, nikt z kim dzieli swoje obawy, nie bierze ich poważnie, kładąc to na karb zdziecinniałego umysłu schorowanej kobiety.

Na pochwałę zasługuje narracja Jedynego wyjściaRaz uczestniczymy w myślach młodej Catherine, za moment towarzyszymy osiemdziesięciodwuletniej Rose, by za chwilę wejść w głowę Rose dziesięcioletniej. Taki sposób opowiadania historii na pewno nie był zbyt łatwy, ale FitzGerald świetnie sobie poradziła.

Miałam okazję dość niedawno czytać inną powieść pisarki, Wstyd. Tak jak ta, poruszała ważne kwestie życia i istotne problemy. Widać, że Helen FitzGerald bardzo dobrze porusza się w takiej trudnej tematyce i robi to z wielkim wyczuciem i wrażliwością. Z ochotą sięgnę po kolejną powieść autorki. Mam wrażenie, że dopiero zaczynam swoją podróż z jej twórczością. Tymczasem jeśli jeszcze nie czytaliście jej książek to gorąco polecam ich lekturę. Wydaje mi się, że nie będzie to czas stracony, dla mnie nie był. Jeszcze raz polecam.

Dziękuję


Książka bierze udział w wyzwaniach:
52/2016 – 169/52, Czytamy nowości, Gra w kolory, Grunt to okładka, Historia z trupem, Kiedyś przeczytam 2016, Motyw zdrady w literaturze, Olimpiada czytelnicza, Pod hasłem 2016, Przeczytam 100 książek w 2016 roku – 169/100, Przeczytam tyle, ile mam wzrostu – 2,3 = 32,5 cm, Reading Challenge 2016, W 200 książek dookoła świata - Australia


czwartek, 24 listopada 2016

Magiczne praktyki i rytuały - Brandy Williams oraz CzaroMarownik 2017

Dzisiaj przychodzę do was z dwiema pozycjami Wydawnictwa Illuminatio: Magiczne praktyki i rytuały dla początkujących Brandy Williams oraz wyjątkowy magiczny kalendarz CzaroMarownik 2017.
Nie dziwcie się! Jako, że [przyznaję się bez bicia] jestem czarownicą, interesuje mnie również taka literatura, trochę inna, magiczna, ezoteryczna. Zresztą kto z was, po cichu nie chciałby umieć rzucić jakiegoś zaklęcia? Nikt? Na pewno nie uwierzę. W skrytości duszy z pewnością pragnęlibyście „pobawić się magią”. Rzucić zaklęcie ochronne, czy może miłosne…

Autor – Brandy Williams
Tytuł – Magiczne praktyki i rytuały dla początkujących
Tytuł oryginału – Practical Magic. Techniques&Rituals to focus Magical Energy
Przekład – Maciej Lorenc
Wydawnictwo Illuminatio
ISBN 978-83-62476-95-4

Magia-praktyczna-dla-poczatkujacych---okladka---72-dpi--

Magia to wykorzystanie sił drzemiących w przyrodzie, do zrealizowania swoich upragnionych celów lub jako pomoc w ich realizacji. Aby skorzystać z mocy owych sił, trzeba je odpowiednio obudzić i ukierunkować. Oczywiście najważniejszym „narzędziem” jest sam mag, jego wola, energia i zamiary. Oprócz tego w magii używa się odpowiednich przedmiotów, służących do wyzwalania mocy drzemiących wokół nas.

Magię można odprawiać w każdym dowolnym miejscu. Można wypowiadać zaklęcia na dworze lub w domu, najlepiej wyznaczając do tego celu odpowiednie, odosobnione miejsce na rytuały magiczne. Dobór pory, formy, czynności oraz akcesoriów jest najważniejszy w celu powodzenia całości zaklęcia.

Należy pamiętać, że każdy dzień odpowiada innej planecie, a więc i innemu rodzajowi siły; w każdym dniu jest nieco inna kwadra Księżyc, który wywiera bardzo ważny wpływ na magię. Spośród cykli natury z magią najsilniej związany jest właśnie cykl Księżyca, a to w jakiej znajduje się fazie, czy znaku zodiaku, determinuje, które zaklęcia będą w danym dniu najbardziej skuteczne.

Magiczne praktyki i rytuały dla początkujących pomogą wam w nauce tego, co często uważacie za zbyt trudne, czy też niepojęte. Dzięki tej czytelnej, niegrubej książce nauczycie się, jak przyszykować siebie i otoczenie do przeprowadzania swoich własnych obrzędów.

Wykorzystując wszystkie swoje zmysły, a zwłaszcza słuch, wzrok i dotyk nauczycie się poszerzania pola energetycznego. Ta książka poprowadzi nas przez energię ochronną, żywioły i planety po procesy magiczne, przestrzeń i przybory magiczne i w końcu do wykonywania prostych rytuałów. Dzięki tej książce możesz spróbować zdobyć miłość, poprawić jakość życia, być po prostu zdrowym, bogatym i szczęśliwym, a nawet uzdrawiać najblizszych. To odwieczne marzenia i życzenia, które kierujemy ku nie do końca znanym nam mocom. I robimy to od zawsze.

Wiem, mało to wszystko prawdopodobne, ale przede wszystkim trzeba na początek zacząć od tego, by choć trochę spróbować uwierzyć. Bez minimalnej wiary nie ma po prostu sensu brać się za cokolwiek.

Tymczasem Magiczne praktyki i rytuały dla początkujących polecam osobom zainteresowanym magią; stawiającym pierwsze kroki w tym zagadnieniu oraz wszystkim wątpiącym. Może się przekonacie. Poczytajcie i spróbujcie od czegoś łatwego. Może na początek dobrze zapoznać się z treścią tej książki, żeby poznać siebie, czakry swojego ciała, czy po prostu pomedytować.
Może czas już zacząć swoją magiczną podróż?

Dziękuję



Książka bierze udział w wyzwaniach:
52/2016 – 167/52, Gra w kolory, Kiedyś przeczytam 2016, Olimpiada czytelnicza, Pod hasłem 2016, Przeczytam 100 książek w 2016 roku – 167/100, Przeczytam tyle, ile mam wzrostu – 2,1 = 28,7 cm, Reading Challenge 2016, W 200 książek dookoła świata – Stany Zjednoczone

Tytuł – CzaroMarownik 2017
Twój magiczny kalendarz
Wydawnictwo Illuminatio
ISBN 978-83-65442-99-4

CzaroMarownik 2017_FRONT_RGB_72dpi
„CzaroMarownik” to magiczny doradca, który dzięki swojej inspirującej zawartości wynosi kalendarium na nowy poziom. Nie brak mu niezbędnej funkcji harmonogramu, którą powinien mieć każdy kalendarz. „CzaroMarownik” to jednak cos więcej. Urzeka swoim pomysłowym i intrygującym połączeniem praktycznej strony z pozazmysłowym działaniem.
To mój kolejny CzaroMarownik. Przyznaję, że zakochałam się w tej dwustustronicowej książeczce. Pierwszy kupiłam z czystej ciekawości. Wyszłam z założenia, że każdej czarownicy przyda się taki kalendarz, który można nosić zawsze przy sobie. Zwłaszcza, gdy tak, jak ja nosi się prawie zawsze ogromne torby.

Publikacja została podzielona na cztery części: Magiczny horoskop, Kalendarz, Magiczna strona życia i Magiczny niezbędnik. Dla całkowitego relaksu znajdziemy tutaj cztery mandale do pokolorowania. Jest też przydatne miejsce do wykonywania swoich własnych notatek. A zapisywać można wszystko, co tylko przyjdzie do głowy.

Kalendarz potrzebny jest chyba każdemu z nas. To w nim skupia się często część naszego życia towarzyskiego, ważniejsze wydarzenia (imieniny, urodziny, rocznice), wszelkie umówione wizyty (lekarz, fryzjer, kosmetyczka). Po zastanowieniu uważam, że nie znam osoby, która kalendarza by nie używała. Skoro więc i tak raz na rok wydajemy określoną kwotę na taką pozycję wydawniczą, to można wybrać publikacje inną i bardziej odmienną od tego, co na co dzień nas interesuje.

Co otrzymujemy w tym wyjątkowym kalendarzu?: magiczny horoskop dla wszystkich znaków zodiaku; kalendarz księżycowy z opisem odpowiednich rytuałów i wykazem świąt magicznych; przydatne w praktyce magicznej informacje zebrane w formie tabel i wykresów; zasady feng shui – chińskiej sztuki aranżacji wnętrz; najnowsze ecotrendy ze wskazówkami zdrowotnymi oraz przepisami; wizjonerskie artykuły zawierające moc ciekawostek ze świata magii i nieocenionych porad oraz miejsce na osobiste notatki, w którym możesz zapisać swoje cenne wspomnienia i przemyślenia.

I jeszcze jedna sprawa. Przewińcie tekst do początku i zobaczcie jaką piękną okładkę ma ten CzaroMarownik (w twardej oprawie). Cudne nocne niebo, magiczny księżyc z maleńką kobietką na nim siedzącą i złote gwiazdki. Już w samej okładce można się zakochać.

Nie czekajcie zbyt długo, bo nakład się wyczerpie.

Dziękuję



Książka bierze udział w wyzwaniach:

52/2016 – 168/52, Czytamy nowości, Gra w kolory, Kiedyś przeczytam 2016, Olimpiada czytelnicza, Pod hasłem 2016, Przeczytam 100 książek w 2016 roku – 168/100, Przeczytam tyle, ile mam wzrostu – 1,5 = 30,2 cm, Reading Challenge 2016, W 200 książek dookoła świata - Polska

wtorek, 22 listopada 2016

Przedpremierowo - Muza - Jessie Burton

Autor – Jessie Burton
Tytuł – Muza
Tytuł oryginału – The Muse: A Novel
Przekład – Agnieszka Kuc
Wydawnictwo Literackie
ISBN 978-83-08-06235-7


Świat wielkiej sztuki, jeszcze większych namiętności i tajemniczy obraz, który skrywa więcej niż tysiąc słów.
Kajam się i ogromnie  żałuję (jednak biczować się nie będę), ale nie przeczytałam debiutanckiej powieści Jessie Burton Miniaturzystka. Książkę co prawda mam na półce, ale jakoś nam nie po drodze. Wiecznie coś mi przeszkadza. Naczytałam się za to świetnych opinii, wygłaszaliście prawdziwe peany i gdy tylko nadarzyła się okazja, to po prostu z  niej skorzystałam. I tak oto Muza trafiła w moje ręce. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że Wydawnictwo Literackie oprócz książki przysłało jeszcze coś. Małe podobrazie malarskie, tubkę farby i pędzelek. Doczytajcie moją opinię o Muzie do końca, a przekonacie się, co też powstało w mojej głowie i zostało przeniesione na blejtramik.
Po jednej stronie płótna dziewczyna trzyma odciętą głowę swojej siostry, po drugiej – lew, który za chwilę poderwie się do zabójczego skoku… Obraz, który latem 1967 roku trafia do renomowanej galerii w Londynie, elektryzuje środowisko marszandów. To może być „śpioch”, dzieło młodego hiszpańskiego artysty z lat 30. XX wieku zaginione w trakcie wojny. Potwierdzają to listy z muzeum Prado oraz fundacja Peggy Guggenheim. Wskutek szczególnego zbiegu okoliczności stenotypistka zatrudniona w galerii, 26-letnia Odelle Bastien, trafia na trop fascynującej historii z Andaluzji roku 1936.
Jessie Burton zastosowała w Muzie dwie płaszczyzny czasowe. I tak mamy Anglię lat sześćdziesiątych i Hiszpanię lat trzydziestych XX wieku. I choć na początku zastanawiamy się, co wspólnego mają wydarzenia, które dzieli ponad trzydzieści lat, już niedługo widzimy związek. W Londynie poznajemy czarnoskórą Odelle Bastien z Trynidadu, wykształconą modą kobietę pracującą jako maszynistka w Instytucie Skeltona. W Hiszpanii, w pięknej andaluzyjskiej miejscowości, „zawieramy znajomość” z utalentowaną Oliwią Schloss oraz z rodzeństwem Roblesów, Teresą i Izaakiem. Ale najważniejszy dla opowiadanej historii jest pewien tajemniczy obraz, przedstawiający kobietę z głową siostry w ręce, u stóp mającej lwa. 

Jessie Burton stworzyła interesujących bohaterów, bardzo prawdziwych i nie doskonałych. Na szczególne miejsce zasługują  dwie główne bohaterki. Odelle władająca bardzo sprawnie piórem, narażona na ataki ksenofobii, znajduje jednak bratnią duszę w swojej szefowej, bardzo tajemniczej Marjorie Quick.

Dziewiętnastoletnia Oliwia jest zdolną malarką, ale ukrywa ten fakt przed otoczeniem. Mimo, iż jej ojciec jest marszandem, dziewczyna nie ujawnia swoich zdolności. Zresztą w tamtym okresie kobieta mogła być muzą, a nie obiecującą artystką. Nastolatka jednak tworzy w zaciszu swojej pracowni.

Muza to przepięknie nakreślona opowieść o przyjaźni, miłości, pasji,  wielkich namiętnościach, wywołująca silne emocje. Napisana bardzo eleganckim i przystępnym językiem sprawia, że czytanie staje się czystą przyjemnością. Skomponowana z wielką dbałością o szczegóły, pełna tajemnic, z wyrazistymi bohaterami. Autorka wyczarowała niesamowity, specyficzny klimat, który stanowi o uroku tej historii. Przedstawiła swoją wizję ze smakiem i wyczuciem estetycznym.

Sekrety sztuki, genialni artyści, marszandzi i kolekcjonerzy oraz obraz, który zaginął lata temu, uważany za stracony na zawsze, stanowiący dopełnienie innego, wyjątkowego dzieła. Jessie Burton czaruje słowami, potrafi stworzyć tak piękne obrazy, że czytelnik ma wrażenie jakby przenosił się do jej świata. Mówię wam, można przepaść bez końca.

Muza jest doskonałą powieścią, mogę śmiało rzec, że wybitną. Aż dziw bierze, że to dopiero druga książka brytyjskiej pisarki. Uważam, że całkowicie zasługuje na miano bestsellera, którym z całą pewnością się stanie. Nie pozostaje mi nic innego, jak gorąco polecić wam lekturę tej wspaniałej powieści. Nie wiem, czy powinna to być pozycja obowiązkowa każdego mola książkowego, ale niezmiernie się cieszę, że dane mi było poznać losy bohaterów Muzy i pewnego dzieła sztuki. Dajcie się zaczarować, prawdziwa uczta dla duszy.


Dziękuję



Książka bierze udział w wyzwaniach:

52/2016 – 166/52, Czytamy nowości, Gra w kolory, Historia z trupem, Kiedyś przeczytam 2016, Motyw zdrady w literaturze, Olimpiada czytelnicza, Przeczytam 100 książek w 2016 roku – 166/100, Przeczytam tyle, ile mam wzrostu – 3 = 26,6 cm, Reading Challenge 2016, W 200 książek dookoła świata – Wielka Brytania

poniedziałek, 21 listopada 2016

Krew na naszych rękach? - Paweł Lisicki

Autor – Paweł Lisicki
Tytuł – Krew na naszych rękach?
Wydawnictwo Fabryka Słów
ISBN 978-83-7964-174-1


Tematy związane z II wojną światową, z masowymi mordami, zdradą i bohaterstwem, a przede wszystkim z Holocaustem, odbijają się nam, mimo że od ekspansji III Rzeszy i terroru niemieckiego w Europie minęło już 70 lat. Pozostało już niewielu ludzi, których wojna dotknęła, a jednak doświadczenia i historie przekazywane przez rodziców i dziadków sprawiają, że istnieje ona ciągle w naszej pamięci, choć sami tego nie przeżyliśmy. Przez te 70 lat powstała niezliczona ilość opracowań historycznych, psychologicznych, socjologiczny etc. Ciągle powstają nowe powieści o tematyce wojennej, pokazujące, że motyw ten pozostaje ciągle żywy. Trauma wojenna została nam przekazana w historiach rodzinnych, wojna dosięgła wszystkich i wszyscy mogą coś o niej powiedzieć. Jednak obecnie dyskurs mówienia o wojnie wyszedł poza poziom postpamięci, dziś powinniśmy mówić o dyskursie poczucia dumy lub wstydu. Niedawno pojawiła się książka Pawła Lisickiego Krew na naszych rękach?, w której autor argumentuje swoje stanowisko, że II wojna w oczach świata to historia Holocaustu, mordowania Żydów, gdzie inne wydarzenia pozostają poza zasięgiem wzroku większości.

W tym miejscu jestem zmuszona napisać, że nie dam rady być obiektywna, nie mogę poddać tej książki bezstronnej recenzji. Paweł Lisicki był redaktorem naczelnym „Uważam Rze” i jest ciągle w „Do Rzeczy”. Nie utożsamiam się z opiniami pojawiającymi się w tych czasopismach i wydaje mi się, że daleko mi do światopoglądu autora książki Krew na naszych rękach?  Co muszę oddać Lisickiemu, to na pewno jego ogromną sprawność w doborze tekstów źródłowych i perswazyjność wypowiedzi. Argumentacja polskiego publicysty także wydaje się bez zarzutu. Lisicki stawia tezy i ich broni lawirując od jednego dowodu do drugiego i ciężko się oprzeć sugestywności jego wywodu. Przecież rzeczywiście wychodzi na to, że Polacy wychodzą na największych przegranych II wojny w dzisiejszym dyskursie. Daliśmy się wbić w ziemię i z postawy klęczącej bić się w piersi błagając o wybaczenie, że biliśmy i wybijaliśmy Żydów. Oczywiście przesadzam, ale a ten przerysowany sposób chciałam zwrócić uwagę na pewną prawidłowość.

Lisicki, jak już wspomniałam, nie daje się ponosić emocjom i w bardzo konsekwentny sposób wykazuje, że maluje nam się ręce czerwoną farbą i wmawia, że to krew. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że brakuje mi  tu obiektywizmu. Czytając książkę Lisickiego odniosłam wrażenie, że wszyscy litują się nad tragedią żydowską, a gromy ciskają w naszą stronę. A przecież tak w rzeczywistości nie jest, a przynajmniej nie w takim stopniu, jak zostało to pokazane, takie jest moje odczucie. Co mi się nie podoba, to że dobieranie przykładów dla poparcia swojej argumentacji odbywa się często kosztem zniekształcenia rzeczywistości i nie tyczy się to tylko książki Lisickiego.
                                          
Naprawdę nie wiem, czy powinnam polecać wam lekturę wywodu Pawła Lisickiego. To naprawdę gruba książka, a czas poświęcony na jej przeczytanie, można wykorzystać na coś innego. Jestem pewna, że wielu osobom Krew na naszych rękach? bardzo się spodoba. Żyjemy w czasach, gdy prawica ściera się z lewicą, próbując utrzymać się na powierzchni fali obustronnego „hejtu”. Lisicki ma zdecydowanie więcej klasy od większości biorącej udział w tej, z braku lepszego słowa, dyskusji. Ja osobiście nie zgadzam się z wieloma stwierdzeniami autora, więc sumienie nie pozwala mi polecić tej pozycji. Wybór jednak należy do was, kwestia jest bardzo delikatna i wywołuje wiele emocji; jeśli chcecie, czytajcie. Ja wracam do beletrystyki i poezji, a z tego pociągu wysiadam.

Dziękuję


Książka bierze udział w wyzwaniach:
52/2016 – 165/52, Cztery pory roku, Czytamy nowości, Gra w kolory, Historia z trupem, Olimpiada czytelnicza, Przeczytam 100 książek  2016 roku – 165/100, Przeczytam tyle, ile mam wzrostu – 4 = 23,6 cm, Reading Challenge 2016, W 200 książek dookoła świata - Polska
        

piątek, 18 listopada 2016

Morze Karaluchów - Tommaso Landolfi

Autor – Tommaso Landolfi
Tytuł – Morze Karaluchów
Tytuł oryginału – Il Mar delle Blatte
Przekład – Halina Kralowa, Anna Wasilewska
Biuro Literackie
ISBN 978-83-05125-38-5

Morze karaluchów - Książki

Wyobraźcie sobie teksty, które będą was zwodzić na manowce, najpierw wdzięcząc się by za chwilę poczęstować was fangą w nos. Kiedy będziecie myśleli, że łapiecie już istotę rzeczy, ta nagle wyślizgnie się spomiędzy rąk ze zwinnością pstrąga, oślepiając was do tego blaskiem swych łusek. Jednocześnie, pomimo tych ciągłych potknięć nie zniechęcicie się, ale tym bardziej będziecie próbowali znaleźć klucz, który pomoże wam otworzyć drzwi do świata, gdzie fikcja wiruje z prawdą w nieprzerwanym tańcu. Macie to? W takim razie stoicie w przedsionku literackiego domu Tommasa Landolfiego.
Kiedy wstajemy rano z łóżka i ogarnia nas zdumienie, że powracamy do życia, nie mniejsze zdziwienie budzi sam fakt, że wszystko jest dokładnie takie, jak poprzedniego wieczoru. Pogrążony w równie bezmyślnej zadumie wyglądałem spomiędzy okiennych zasłon, kiedy przyjaciel Y zapowiedział swoją wizytę serią pospiesznych kołatań w drzwi mojego pokoju.
Landolfi urodził się ponad sto lat temu we włoskim miasteczku Pico, w szlacheckim domu starego italskiego rodu. Od młodych lat interesował się naukami humanistycznymi, już jako nastolatek pisał swoje pierwsze teksty. Biegle znał kilka języków, w tym przede wszystkim rosyjski, niemiecki i francuski, z których przełożył na włoski dzieła wielkich twórców: Dostojewskiego, Tołstoja, Gogola czy Hofmannstahla. Mimo świetnej znajomości językowej podróżował rzadko. Podczas czarnej ery faszyzmu Landolfi nie obawiał się kpić z władzy, za co został na krótko osadzony w więzieniu, którego faktu nie wykorzystał po wojnie, jak czynili inni. Pisał wiele, nie tylko opowiadania, ale także teksty krytyczne, sztuki, scenariusze i wiersze. Zdrowie zniszczyły mu alkohol i hazard, pozbawiając sił i w końcu życia w roku 1979. We Włoszech i na świecie Landolfi uważany jest za jednego z najważniejszych włoskich twórców; za swojego mistrza uważał go choćby Italo Calvino. Pomijając kilka opowiadań wydrukowanych w jednym z numerów „Literatury na świecie” z 1984 roku, Landolfi w Polsce był do tej pory pisarzem nieznanym. Jednakże za sprawą tłumaczek Anny Wasilewskiej i Haliny Kralowej ukazał się nakładem Biura Literackiego jego zbiór opowiadań, Morze Karaluchów.
Ejże, co ma znaczyć to nagromadzenie drętwych danych, ten napuszony i egzaltowany ton, te mniej lub bardziej retoryczne pytania, jednym słowem: co znaczy całe to os rotundum? (…)W przedostatnim zdaniu zamieszczonego powyżej pseudotekstu użyłem, na przykład, takiej masy liczebników, że można by się uśmiać (gdyby tak niewiele potrzeba mi było do śmiechu) albo też pogrążyć się w rozpaczy (gdyby tak niewiele wystarczało, bym się w niej pogrążył).
Po tym naprawdę przydługim wstępie czas wreszcie przejść do książki, na którą składa się trzynaście opowiadań z wczesnego okresu twórczości Landolfiego, jak zauważa Anna Wasilewska, z widocznymi elementami przewodnimi dla jego późniejszych tekstów, takimi jak autotematyzm i zabawy językowe. Trzeba jednak przyznać, że tak skrótowa charakterystyka opowiadań zawartych w zbiorze oddaje jedynie ułamek tego, co naprawdę sobą przedstawiają.

Każde z opowiadań jest zupełnie inne, Landolfi przy konstruowaniu ich korzystał z zupełnie różnych konwencji i zmieniał styl pisania. Mamy zatem powiastkę filozoficzną, prozę awanturniczą, gotycki horror,  opowieść kryminalną czy groteskową. Tak naprawdę jednak wszystkie teksty tylko wybornie udają przedstawicieli gatunku, ich maski są niezwykle misternie wykonane, ale zostają zdjęte, wprawiając czytelnika w osłupienie. Włoski pisarz gładko przeskakuje od prawdy do fałszu, wykazując jak łatwo jesteśmy w stanie poddawać się złudzeniu rzeczywistości. Demaskuje literaturę jako oszustwo, próbę zmiany świata, która nie może się udać. Autor Morza Karaluchów sięga do tradycji pisarskich XIX wieku, a nawet wcześniejszych i przedstawia w zaskakującej formie. Znawcy twórczości Landolfiego twierdzą, że nie wierzył w moc sprawczą literatury, w jej możliwości odwzorowania świata, stąd też korzysta z dawnych, zużytych form, wypruwając z nich elementy urealniające literacką rzeczywistość. Dzięki temu jego opowiadania nie próbują udawać, że są zwierciadłem przechadzającym się po gościńcu; oddają natomiast sztuczność form służących opisywaniu świata przedstawionego.
Bo też kto zrozumie, co się dzieje w głowie klnącego człowieka? Znałem nawet jednego, który twierdził, że kiedy w trakcie przywdziewania stroju wieczorowego, gdy przyjaciele trąbią już z ulicy, guzik od kołnierzyka potoczy mu się jak zwykle pod komodę, wystarczy najłagodniejsze z przekleństw, by spod niej wyszedł, można rzec, na własnych nogach; co więcej, zaklinał się, że coś takiego przydarzyło mu się dziesiątki razy, chociaż każdy widzi, że jeśli już, to fakt ów wiąże się z pewną szczególną pochyłością podłogi.
Muszę przyznać, że Morze Karaluchów zaskoczyło mnie niejednokrotnie i stanowiło nie tylko rozrywkę, ale przede wszystkim interesujące doświadczenie literackie. Rzadko zdarza się, by literatura była autokrytyczna, a tak jest właśnie w przypadku utworów Landolfiego.  W opowiadaniach nie brakuje humoru, który jest naprawdę pierwszorzędny, przy kilku z nich mimowolnie chichotałam. Teksty są pełne aluzji i odwołań literackich, a dbałość pisarza o słowo jest wręcz niewiarygodna. Morze Karaluchów stanowi jeden z lepszych zbiorów opowiadań, jakie ukazały się na naszym rynku wydawniczym i nareszcie została nadrobiona zaległość, za jaką należy uznać brak książkowego wydania Tommasa Landolfiego w Polsce. Nie pozostaje mi nic innego, jak zachęcić was wszystkich, byście dali się wodzić za nos i zapoznali z utworami włoskiego mistrza krótkiej formy. Miłej lektury.

Dziękuję

Książka bierze udział w wyzwaniach:
52/2016 – 164/52, Czytamy nowości, Gra w kolory, Grunt to okładka, Historia z trupem, Motyw zdrady w literaturze, Olimpiada czytelnicza, Pod hasłem 2016, Przeczytam 100 książek w 2016 roku, Przeczytam tyle, ile mam wzrostu – 1 = 19,6 cm, Reading Challenge 2016, W 200 książek dookoła świata - Włochy