Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Richard Flanagan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Richard Flanagan. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 marca 2018

Nieznana terrorystka - Richard Flanagan


Autor – Richard Flanagan
Tytuł – Nieznana terrorystka
Tytuł oryginału – The Unknown Terrorist
Przekład – Maciej Świerkocki
Wydawnictwo Literackie
ISBN 978-83-08-06467-2


Myśl, że miłość to za mało, jest wyjątkowo bolesna. Dlatego w obliczu takiej prawdy człowiek od stuleci usiłował znaleźć jakieś dowody na to, że miłość  stanowi największą siłę na ziemi.
Nieznana terrorystka to kolejna książka Richarda Flanagana, która trafiła w moje ręce. Przed jej otworzeniem wiedziałam już czego mogę się spodziewać. Na pewno dostanę historię osadzoną w Australii lub Tasmanii z wyraźnie zarysowanymi postaciami i ich portretami psychologicznymi. I chociaż najnowsza powieść (faktycznie czwarta, bo wydana w 2006 roku) trochę odbiega od tego, do czego przyzwyczaił mnie australijski pisarz, to nadal uważam, że jest to dzieło przemyślane i warsztatowo nienaganne.

Richard Flanagan jest potomkiem irlandzkich zesłańców. Nim zadebiutował jako prozaik, opublikował cztery książki o tematyce historycznej. I nawet jeśli w Australii był popularny wcześniej, to okno na świat dla jego twórczości otworzyło się w momencie wydania Ścieżek Północy, za którą otrzymał prestiżową nagrodę Man Booker Prize.

Nieznana terrorystka opowiada historię Giny Davies, tancerki występującej w klubie erotycznym pod pseudonimem Doll. Wskutek zbiegu okoliczności kobieta staje się główną podejrzaną w śledztwie dotyczącym zamachu terrorystycznego w Sydney. Opowieść o Doll nie jest jednak jedynym tematem tej powieści. Pokuszę się o stwierdzenie, że historia kobiety, mimo iż często wypływa na powierzchnię, jest tak naprawdę tłem do tego co najważniejsze – terroryzmu. Mamy świat po zamachu terrorystycznym na World Trade Center. Przerażenie ludzi na świecznikach całego świata, a przede wszystkim całkiem zwyczajnych obywateli i… media – żarłoczne, nienasycone, złaknione krwi.

Po drugiej stronie barykady stoi dziennikarz, Richard Cody, który próbuje ratować swoją zanikającą karierę. Na drodze staje mu arcyciekawy temat, dzięki któremu widzi siebie znów jako czołowego reportera. Na podstawie mistyfikacji wyłania się wypaczony obraz Giny – terrorystki, poszukiwanej, zaszczutej, nie mogącej znaleźć sobie miejsca, nie mającej dokąd uciec.
Nie (…) nic nie jest zabawne. We wszystkim chodzi jedynie o nienawiść. Świat istnieje wyłącznie po to, żeby nienawidzić i niszczyć. Każdy żart, każdy uśmiech i wszystko, co radosne, istnieje wyłącznie po to, by zakamuflować tę prawdę.
Flanagan wie, jak powinno się budować napięcie w powieści. Jego niespieszna narracja potrafi hipnotyzować, przykuwać, urzekać. Nieznana terrorystka to powieść ważna i zmuszająca do refleksji. Gwarantuję, że nikogo nie pozostawi obojętnym. Zaczęłam czytać i naprawdę przepadłam, ale gdy miałam napisać o niej kilka zdań to miałam niesamowity mętlik w głowie. Musiałam odsapnąć i poukładać wszystkie fragmenty w całość.

W 2014 roku miałam przyjemność zapoznania się z dziełem niemieckiego pisarza Heinricha Bölla, laureata Nagrody Nobla z 1972 roku, a mianowicie z Utraconą czcią Katarzyny Blum. I choć główna tematyka obu tych powieści – Nieznanej terrorystki i Utraconej czci Katarzyny Blum – jest inna, to mechanizm działania prasy, nagonka i manipulacja, pozostają prawie takie same. I przyznaję, że jest to niezmiernie smutne. 

Nieznana terrorystka jest powieścią wyjątkową, jak inne znane mi książki Richarda Flanagana. Australijski pisarz, nazywany diabłem tasmańskim zajął w moim sercu i na półkach w mojej biblioteczce bardzo ważne miejsce. I jak na razie jego pozycja jest niezagrożona. I chyba już tak pozostanie. Książkę czytało mi się naprawdę bardzo dobrze, a zakończenie… cóż, zakończenie jest całkiem odrębną sprawą. I nie mogę nic napisać, bo pragnę abyście byli tak samo wytrąceni z równowagi i zaskoczeni jak ja.

Richard Flanagan znajduje się w czołówce współczesnych anglojęzycznych pisarzy i wydaje mi się, że słusznie zajmuje tam miejsce. Z wielką niecierpliwością będę wyczekiwać jego kolejnej książki, wszystko jedno czy napisanej wcześniej, czy też zupełnie nowej. Akcja w powieściach Flanagana nie pędzi na złamanie karku, ale konsekwentnie, w ustalonym tempie odkrywa przed czytelnikiem kolejne fragmenty układanki. Właśnie dlatego lektura jego dzieł jest tak fascynująca. Nieznaną terrorystkę zdecydowanie polecam.

Dziękuję


Książka bierze udział w wyzwaniach:
Akcja 100 książek w 2018 roku – 26/100, Czytelnicze igrzyska 2018, Dziecięce poczytania, Olimpiada czytelnicza – 336 stron, Pod hasłem, Przeczytam 52 książki w 2018 roku – 26/52, Przeczytam tyle, ile mam wzrostu – 3,5 = 24,4 cm, W 200 książek dookoła świata – Australia, Wyzwanie Czytamy nowości, Wyzwanie czytelnicze Wiedźmy – osoba

środa, 2 sierpnia 2017

Śmierć przewodnika rzecznego - Richard Flanagan

Autor – Richard Flanagan
Tytuł – Śmierć przewodnika rzecznego
Tytuł oryginału – Death of the River Guide
Przekład – Maciej Świerkocki
Wydawnictwo Literackie
ISBN 978-83-08-06358-3

 

To kolejna książka Richarda Flanagana, która trafia do moich rąk. Nawet wiem, czego mogę się spodziewać. Dostanę historię osadzoną w Australii lub Tasmanii, z wyraźnie narysowanymi postaciami – na pewno otrzymamy bogaty portret psychologiczny tychże; tragedia będzie wisiała w powietrzu, a całość przepełniona smutkiem. Śmierć przewodnika rzecznego jest pierwszą powieścią w dorobku Flanagana, ale nie można powiedzieć, by było to dzieło nieprzemyślane ani  by autorowi brakowało warsztatu. Już w debiucie widoczne są stałe punkty dalszej twórczości australijskiego pisarza. Jeden z nich stanowi opisywanie sytuacji potomków dawnych zesłańców, którzy musieli sobie poradzić na Ziemiach van Diemena.  Flanagan dał się poznać nie tylko jako znawca historii swojego kontynentu, ale także świetny pisarz i specjalista od budowania skomplikowanych wnętrz swoich bohaterów.

Nie inaczej jest w przypadku Śmierci przewodnika rzecznego. Główna postać, Aljaz Cosini, tonie w rzece Franklin, po której wielokrotnie pływał tratwą, przeprowadzając kolejne grupy turystów po niebezpiecznych bystrzynach. Gdy śmierć zbliża się nieuchronnie, Aljaz zdaje sobie sprawę, że otrzymał dar wizji, dzięki któremu może przyjrzeć się z góry każdej chwili swojego życia, a także życiu swoich przodków.
Powiem wam, że nie jestem zdziwiony tymi wizjami. Ani trochę. O ile wiem, wizjonerstwo jest u nas rodzinne. Harry ciągle miał wizje, zwłaszcza pod koniec tygodnia, po siedmiu dniach ostrego picia cydru i taniego rieslinga z Oślizgłym Tedem, starym kapitanem, poławiaczem homarów.  (…) w rodzinie po kądzieli trzecie oko miała też moja babcia, która wróżyła z fusów parzonej po turecku kawy i przepowiedziała, że z brzucha mojej mamy wylezą kiedyś robaki, i rzeczywiście, tak się mniej więcej stało.
Podążamy wraz z bohaterem po najważniejszych momentach życia, poznajemy także historię rodziny Aljaza. Opowiadacz prowadzi nas po swych kolejnych wizjach, dzięki czemu widzimy, jak Harry, ojciec przewodnika rzecznego jako kilkuletni chłopiec grzebie swego tatę, jak wiele lat później poznaje w Trieście Sonję, matkę Aljaza. Dowiadujemy się o dzieciństwie bohatera, o jego głuchocie, i wydarzeniach, które doprowadziły go po wielu latach na brzeg rzeki. Każda z historii odsyła nas do kolejnej i dodaje fragment pozwalający do stworzenia jednolitego obrazu dzikiej i przepełnionej bólem Tasmanii.

Bez wątpienia Flanagan wie, jak powinno się budować napięcie w powieści. Jego nieśpieszna narracja potrafi hipnotyzować niczym delikatny nurt rzeki Franklin, by za chwilę porwać tratwę z czytelnikiem na bystrzynę, gdzie trzeba szybko i umiejętnie lawirować pomiędzy pniami drzew i ostrymi kamieniami, żeby przetrwać podróż. Podobnie jest z lekturą dzieła literackiego tasmańskiego diabła; musimy trwać w ciągłym skupieniu, bo w przeciwnym razie wartki nurt narracji wyrzuci nas z łodzi i utopi.

Kolejne spotkanie z prozą Flanagana muszę uznać za udane. Kończąc Śmierć przewodnika rzecznego poczułam, że dowiedziałam się czegoś więcej o życiu i o sobie. Dlatego właśnie sięgamy  po ambitną literaturę, żeby zobaczyć świat zupełnie innymi oczami niż nasze i otworzyć się na tę inność. Wyprawa wzdłuż rzeki przypomina podróż w głąb siebie i pozwala poznać te zakamarki naszej psychiki, które normalnie zostają poza zasięgiem naszego wzroku. Flanagan zabiera nas dokładnie w taką podróż, jeśli popłyniemy wraz z nim, może i nam otworzy się trzecie oko. Gorąco polecam.

Zapraszam

Książka bierze udział w wyzwaniach:

Cztery pory roku, Czytamy powieści obyczajowe, Czytelnicze igrzyska 2017, Dziecięce poczytania, Kitty’s Reading Challenge – kraj, który pragniesz odwiedzić, Olimpiada czytelnicza, Pod hasłem, Przeczytam 52 książki w 2017 roku – 113/52, Przeczytam tyle, ile mam wzrostu – 3 cm, W 200 książek dookoła świata – Australia, Wyzwanie Czytamy nowości, Wyzwanie Wiedźmy – osoba

środa, 8 lutego 2017

Pragnienie - Richard Flanagan

Autor – Richard Flanagan
Tytuł – Pragnienie
Tytuł oryginału – Wanting
Przekład – Maciej Świerkocki
Wydawnictwo Literackie
ISBN 978-83-08-06294-4


Richard Flanagan jest jednym z pisarzy, których twórczość w ciągu ostatnich paru lat zajęła bardzo ważne miejsce w mojej bibliotece. Zaczęło się od Ścieżek Północy, którymi byłam oczarowana. Dalej było niezwykle przejmujące Klaśnięcie jednej dłoni, a także Księga ryb Williama Goulda. Każda z tych powieści przypadła mi do gustu w większym bądź mniejszym stopniu, o czym zresztą pisałam wcześniej. Niezmiernie ucieszyłam się zatem, kiedy do moich rąk trafił egzemplarz nowej książki literackiego diabła tasmańskiego.

Pragnienie jest stosunkowo krótką powieścią (jakieś 250 stron), jak na warunki Flanagana. Rzuciłam wszystko i zabrałam się szybko do lektury, ale nie pociągała mnie tak, jak jej poprzedniczki. Chociaż Księga ryb… także fragmentami mnie irytowała, więc stwierdziłam, że trzeba przeczytać do końca, bo komu jak komu, ale Flanaganowi można zaufać. Nie zawiodłam się. Potwierdzenie po raz kolejny znajduje teza, że książkę należy oceniać całościowo, a nie po przeczytaniu li tylko jej części. No dobra, zacznijmy od początku.
Wojna skończyła się, tak jak czasem kończą się wojny: nieoczekiwanie. Pewien człowiek, który nikogo za bardzo nie obchodził, nieco nadęty mały prezbiteriański stolarz i kaznodzieja, najpierw w towarzystwie oswojonych czarnych i bez broni przebył wielkie, dziewicze pustkowia wyspy, a potem wrócił z całą hałastrą tubylców.
Akcja powieści toczy się w dwóch strefach przestrzennych i czasowych. Pierwsza ma miejsce na Ziemi van Diemena (dzisiejsza Tasmania) na początku lat czterdziestych XIX wieku, natomiast druga to Anglia drugiej połowy lat pięćdziesiątych tego samego wieku. Obie strefy dzieli kilkanaście lat i tysiące mil, łączy je natomiast bohaterka, lady Jane Franklin, żona (pierwsza strefa) wielkiego podróżnika i gubernatora Ziemi van Diemena, sir Johna Franklina. W drugiej strefie lady Jane występuje już jako wdowa po Franklinie, który zginął podczas ekspedycji do Arktyki. Bohaterka staje się łączniczką dwóch światów, ale nie jest główną postacią powieści, a raczej nie tylko ona.

W Pragnieniu na pierwszy plan wysuwa się czwórka bohaterów: oczywiście lady Jane i sir John, młoda Aborygenka Mathinna oraz Charles Dickens (tak, ten Dickens). Jane jest stanowcza i dość oschła w intymnych relacjach, gra idealną panią z socjety, wewnątrz jednak cierpi, że nie może zostać matką. John zachowuje w większości bierną postawę, jest uległy wobec zachcianek żony i nie nadaje się do zabawiania śmietanki towarzyskiej; tęskni za minionymi wyprawami. Mathinna jako jedyna ocalała ze swojego plemienia, zostaje adoptowana przez lady Jane, która stara się wychować Aborygenkę na angielską damę; jak się okazuje, największe błogosławieństwo stanie się dla dziewczynki źródłem nieszczęść. Pozostaje jeszcze Dickens, spełniony pisarz, dziennikarz, a nawet aktor, ale sfrustrowany swoim pożyciem małżeńskim. Zdecydowanie wiele te postaci dzieli, znajdujemy jednak cechę, która łączy wszystkich tych bohaterów – pragnienie. Każda z postaci nie może się pohamować, by nie oddać się w pełni pragnieniu, które je wypełnia.
I w tym momencie zrozumiał, że ją kocha. Nie potrafił dłużej dyscyplinować swojego niesfornego serca. On, człowiek, który przez całe życie wierzył, że pożądaniu ulega tylko dzikus, zdał sobie sprawę, że nie jest w stanie wypierać się dalej swoich pragnień — oraz tego, że czegoś mu brakuje.
Ciekawe jest to, że swoją powieść Flanagan oparł na faktach, na co nie zwróciłabym pewnie najmniejszej uwagi, gdyby nie postać Charlesa Dickensa. Poszperałam trochę i okazało się, że małżeństwo Franklinów istniało naprawdę, sir John był podróżnikiem i gubernatorem Ziemi van Diemena, a Lady Jane rzeczywiście stworzyła galerię sztuki na drugim końcu świata i organizowała akcje, mające na celu odnalezienie jej męża na dalekiej północy. Dickens naprawdę współtworzył sztukę, o której mowa w książce, a nawet w niej zagrał. Brakuje tylko śladów Mathinny, choć może zbyt pobieżne były moje poszukiwania.

Niewątpliwie Richard Flanagan znajduje się w czołówce współczesnych anglojęzycznych pisarzy, i  słusznie zajmuje tam miejsce. Z niecierpliwością będę wyczekiwać kolejnej jego książki, czy to napisanej wcześniej, czy zupełnie nowej. Flanagan nie pędzi z akcją na złamanie karku, ale bardzo konsekwentnie, w ustalonym przez siebie tempie odkrywa kolejne fragmenty układanki. Właśnie dlatego lektura jego dzieł jest tak fascynująca. Polecam gorąco.

Dziękuję


Książka bierze udział w wyzwaniach:

Czytamy powieści obyczajowe, Dziecięce poczytania, Olimpiada czytelnicza, Pochłaniam strony, bo kocham tomy, Pod hasłem, Przeczytam 52 książki w 2017 roku – 19/52, Przeczytam tyle, ile mam wzrostu – 2,3 = 10 cm, W 200 książek dookoła świata – Australia, Wielkobukowe wyzwanie, Wyzwanie Czytamy nowości, Zaczytajmy się

środa, 28 września 2016

Księga ryb Williama Goulda - Richard Flanagan

Autor – Richard Flanagan
Tytuł – Księga ryb Williama Goulda
Tytuł oryginału – Gould’s Book of Fish
Wydawnictwo Literackie
ISBN 978-83-08-06189-3

tyl Księga ryb Williama Goulda
My, historie naszego życia, nasze dusze, podlegamy – w co zacząłem wierzyć od tamtej pory dzięki cuchnącym rybom Goulda – procesowi nieustannego rozkładu i rodzimy się na nowo, a ta książka, o czym miałem się przekonać, była opowieścią o kupie zgnilizny, w którą zmieniło się moje serce.
Richard Flanagan jest pisarzem, który stał się dla mnie jednym z literackich objawień w ubiegłym raku za sprawą Ścieżek Północy. Opowieść o budowie Kolei Śmierci, cierpieniu i godności zapadła głęboko w mej pamięci. Wydane później Klaśnięcie jednej dłoni utwierdziło mnie w przekonaniu o wielkim talencie i dojrzałości Flanagana. Na literackiej mapie świata Tasmania stała się punktem ważnym, niemalże gwarantem dobrej prozy. We wrześniu ukazała się kolejna powieść australijskiego pisarza w nowym przekładzie Macieja Świerkockiego, Księga ryb Williama Goulda.

W swej trzeciej w karierze książce Flanagan zabiera czytelników w podróż po Australii lat dwudziestych XIX stulecia. Wszystko za sprawą księgi, znalezionej przez sprzedawcę fałszywych pamiątek z kolonialnej Tasmanii (czyt. oszusta), autorstwa Billy’ego Goulda, zesłańca oraz także fałszerza i domorosłego artysty malarza. Zarówno książka, jak i historia spisana przez Goulda staje się dla mężczyzny obsesją, próbuje on znaleźć jakiś dowód na jej autentyczność, jednak mimo wielu dowodów wskazujących na oryginalność dzieła, wszyscy znawcy uznają ją za falsyfikat. Pewnego wieczora księga się rozpływa, a mężczyzna stara się odtworzyć opowieść William Goulda.
Jestem William Buelow Gould, mam mroczna duszę, zielone oczy, szczerbate zęby, rozczochrane włosy i płaczliwą, melancholijną naturę, a chociaż moje malunki będą nawet brzydsze niż ja, zabraknie im bowiem majestatyczności dzieł Girtina czy siły obrazów Turnera, to wierzcie, kiedy wam powiem, że spróbuję pokazać na nich wszystko, co szalone, obłędne i złe, takie jakie było, zgodnie z prawdą.
William Gould jest kimś, kogo moglibyśmy nazwać drobnym cwaniaczkiem, który, jak się okazuje, ma dryg do robienia pędzlem. Talent ten okaże się dla niego zbawienny, gdy trafi do kolonii na terenach dumnie nazywanych Ziemią van Diemena, czyli na Tasmanię. Historia tytułowego bohatera wpisuje się trochę w nurt opowieści o ludziach, którzy znaleźli się w złym miejscu o niewłaściwym czasie. Pech nie opuszcza Goulda tak naprawdę w żadnej jego działalności, dlatego zostaje pozbawiony wolności i zesłany do odległej kolonii karnej.

Komendant tego okręgu wymarzył sobie, by stworzyć na tych ziemiach nowe, idealne państwo. Jednakże, ten wspaniały świat w planach ma zostać zbudowany na fundamentach z krwi i kości zesłańców. Od katorżniczej pracy Goulda w swoisty sposób ratuje lekarz, który wziął sobie za cel opisanie tutejszej fauny pływającej; dowiedział się mianowicie o zdolnościach Williama i wykorzystuje go do stworzenia ilustracji do księgi ryb. Dzięki temu Gould ma możliwość nie tylko wymigania się od śmiercionośnej harówki, ale dostaje do ręki narzędzia, pozwalające mu spisać jego historię.

Gould ryzykuje życiem, gdyż wszelkie próby dokumentowania kolonijnej codzienności są surowo karane, ale bohater czuje, że musi przekazać dalej tę opowieść, by stanowiła świadectwo barbarzyństwa dokonywanego na Ziemiach van Diemena, a także jego istnienia.
Ludzkie życie to nie postęp, jak pokazuje się je konwencjonalnie na obrazach historycznych, ani nie szereg faktów, które można wyliczyć i zrozumieć, jeśli zostaną odpowiednio uporządkowane. To raczej ciąg zmian, czasami bezpośrednich i wstrząsających, czasem zaś tak powolnych i niezauważalnych, chociaż fundamentalnych i przerażających, że pod koniec życia człowiek często na próżno szuka w pamięci tego, co mogłoby połączyć jego lata starcze i młodzieńcze.
Flanagan stworzył powieść, w której ukazał próbę zbudowania utopijnego świata, okupioną życie mrowia bezimiennych skazańców. Zamiast idealnego społeczeństwa mamy do czynienia z rzeczywistością pełną przemocy, nienawiści i cierpienia. O historii Australii większość z nas wie tyle, że  powstała dzięki pracy złoczyńców skazanych na banicję, którzy wymordowali prawie całą rdzenną ludność kontynentu. Flanagan jednak otwiera nam szerzej oczy, przedstawiając XIX - wieczną Australię niemal jako gułag. Co ciekawe, ilustracje w tej powieści pochodzą z prawdziwej „Księgi ryb” autorstwa Williama Buelowa Goulda, która znajduje się w zbiorze archiwum tasmańskiego muzeum.

Księga ryb Williama Goulda jest powieścią o oszustwach i oszustach, sama starając się wyglądać jak najbardziej autentycznie. Dlatego też trudno stwierdzić, kiedy czytamy to, co jest prawdą, a kiedy tekst (i autor) oszukuje nas. Mimo, że ta powieść nie przemówiła do mnie z taką siłą jak dwie poprzednie książki Flanagana, to i tak sądzę, że warto po nią sięgnąć. I na pewno czas spędzony na jej lekturze nie będzie czasem straconym.

Dziękuję


Książka bierze udział w wyzwaniach:


52/2016 – 138/52, Czytamy nowości, Historia z trupem, Kiedyś przeczytam 2016, Motyw zdrady w literaturze, Olimpiada czytelnicza, Pod hasłem 2016, Przeczytam 100 książek w 2016 roku – 138/100, Przeczytam tyle, ile mam wzrostu – 3,9 = 29,7 cm, Reading Challenge 2016, W 200 książek dookoła świata - Australia

wtorek, 15 marca 2016

Klaśnięcie jednej dłoni - Richard Flanagan

Autor – Richard Flanagan
Tytuł – Klaśnięcie jednej ręki
Tytuł oryginału – The Sound of One Hand Clapping
Przekład – Robert Sudół
ISBN 978-83-08-06084-1
Obcy sobie ludzie, pomyślał. Patrzył, jak córka siedzi bez ruchu na krześle, i nie zobaczył w niej nic dziecięcego. Wydawało się, że wszelka żwawość i energia ją opuściły. Popatrzył na mały zagracony pokój tchnący ubóstwem; (…) wiedział tylko jedno, a mianowicie, że tego wieczoru znów popije, żeby zapomnieć. Życie nie jest życiem. Dzieci nie są dziećmi. Ojcowie są zagubieni, matki odeszły i nie mogą znaleźć swoich dzieci, które i tak opuściły już swoje ciało.
Już na wstępie muszę powiedzieć, że będzie mi trudno pisać o tej książce. Trudność ta wiąże się przede wszystkim z emocjami, które wywołuje powieść; są one intensywne, uderzały we mnie podczas lektury coraz mocniejszymi falami, kruszącymi mur bezpieczeństwa i komfortu. Dojmujący smutek, bijący z kart powieści, pogłębia  się z każdą wypitą i stłuczoną butelką. Samotność okazuje się najbardziej dotkliwa w obecności najbliższej, można by sądzić, osoby. Ludzie bez przyszłości i bez domu, posiadający jedynie wspomnienia, o których woleliby nie pamiętać. Cierpienie jest tak silne, że nie pozwala żyć, a jednocześnie stanowi jedyny czynnik, który trzyma wydrążone ludzkie skorupy przy śmiesznym zamienniku życia. To tylko wierzchołek góry lodowej tego, co znajdziemy w Klaśnięciu jednej dłoni.
W odstępach między napierającymi drzewami dostrzegła księżyc i gwiazdy. Dokąd prowadzi ten przerażający korytarz, do przeszłości czy przyszłości, tego nie wiedziała. Drzewa nie dały odpowiedzi, nie wołały, nie wydały z siebie żadnych widmowych głosów wyjaśniających to wszystko. Były tylko pytaniem. I nie chciały zniknąć.
Z prozą Richarda Flanagana spotkałam się już przy okazji rewelacyjnych Ścieżek Północy. Teraz wydana w Polsce została kolejna jego powieść, Klaśnięcie jednej dłoni, która swą premierę światową miała w roku 1997, a rok później autor przeniósł ją na ekrany kin. Film, w którym wiele ról przypadło australijskim imigrantom – w tym także wielu Polaków, m. in.: Jacek Koman czy Kristof Kaczmarek – zdobył nominację do Złotego Niedźwiedzia na Festiwalu w Berlinie. Historia opowiada o losach rodziny słoweńskich emigrantów,  ojca i córki,  dwojga najbliższych sobie ludzi, którzy są dla siebie obcymi. To głównie z ich perspektywy prowadzona jest narracja w powieści. Gdy Sonja była jeszcze dziewczynką, matka opuściła dom i pozostawiła córkę pod opieką ojca, Bojana Buloha. Bojan pracuje w różnych miejscach jako zwykły robotnik, jak wszyscy emigranci nazywany jest przez Australijczyków pogardliwym zwrotem „bambo”. Flanagan prowadzi opowieść dwutorowo nie tylko ze względu na punkt widzenia dwojga bohaterów, ale także poprzez umiejscowienie w czasie; jedna część rozgrywa się podczas dzieciństwa i dorastania Sonji, druga zaś ma miejsce 35 lat po odejściu matki.
Zdawał sobie sprawę, że będzie musiał przeżyć każdy kolejny dzień – w takiej mierze, jak tylko się da – bez nadziei i bez rozpaczy. W tym celu powinien myśleć jak najmniej, co w dużym stopniu zdołał osiągnąć, opróżniając umysł nie tylko z dręczących go wspomnień, ale też z umiejętności snucia rozważań o tym, co się dzieje. (…) Przekonał się, że dobro i zło jest we wszystkim – w życiu, w samej ziemi i w każdym człowieku.
Ale  ostatecznie to ciemność była górą.
Klaśnięcie jednej dłoni  jest opowieścią o dobrych chwilach, niezłych dniach i okropnych latach. Flanagan przedstawia w powieści to, co wydaje się niewyrażalne, na co bohaterom brakuje słów, by to nazwać. Ból postaci rośnie, staje się coraz bardziej dotkliwy z powodu życiowych niepowodzeń, ale także, a może przede wszystkim ze strachu i nieumiejętności mówienia o nim. Co dzieje się, gdy jesteś obcy dla wszystkich wokół: autochtonów, grupy emigrantów, rodziny, a nawet sam siebie nie znasz naprawdę? Samotność i wyobcowanie zżera powoli jak rdza, drąży głęboko, zostawiając pokryty rdzawymi liszajami strzęp. Bliskość, tak przecież wytęskniona, napawa większym lękiem od cierpienia, bo ból i rozpacz są już znajome, oswoiliśmy je albo to one oswoiły nas. Zostaje tylko kilka zdjęć, pięknych wspomnień, kiedy nie trzeba było martwić się o nic, kiedy na twarzy pojawiał się beztroski uśmiech zamiast zgorzkniałego grymasu znad na wpół opróżnionej butelki.
Pozostałam tylko ja, nic więcej, pomyślała. I on. Lecz rozdzieleni, byli jak dom przerobiony na stodołę, zaorany sad zamieniony w pastwisko. Zapach drzew bez kwiecia. Okno bez koronkowej firanki w domu Jean. Klaśnięcie jednej dłoni.
Chyba brak mi sił, aby zmierzyć się z własnymi demonami…

Dziękuję


Książka bierze udział w wyzwaniach: