Danielle Jawando
A gwiazdy niech płoną
And The Stars Were Burning Brightly
tłumaczenie - Agnieszka Stefańczyk, Karol Stefańczyk
Wydawnictwo YA!
ISBN 9788328076532
Danielle Jawando
A gwiazdy niech płoną
And The Stars Were Burning Brightly
tłumaczenie - Agnieszka Stefańczyk, Karol Stefańczyk
Wydawnictwo YA!
ISBN 9788328076532
Pacifica w stanie Kalifornia. Na restauracyjnym parkingu ojciec nakrywa swoją trzynastoletnią córkę i jej starszego chłopaka w jednoznacznej sytuacji. Nie potrzeba wiele czasu, by o tym wydarzeniu dowiedziała się cała okolica. Dziewczynie szybko przypięto łatkę, której nie może się pozbyć mimo upływu kolejnych lat, a od nieprzychylnych spojrzeń nie jest wolna nawet we własnym domu. Czeka ją trudna walka o zmianę osądu na jej temat i szansę na wyrwanie się z upokarzającej roli miejscowej puszczalskiej.
Miałam trzynaście lat, kiedy tata przyłapał mnie z Tommym Webberem na tylnym siedzeniu buicka zaparkowanego pod restauracją Chart House w Montara. Był wtorek, jedenasta w nocy. Tommy miał siedemnaście lat i uchodził za przyjaciela mojego brata. Nie kochałam go. Nie jestem nawet pewna, czy go lubiłam.
Kiedy skończy się wspominać, można rozpocząć zapominanie.
Ilekroć jestem w nowym miejscu, wyobrażam je sobie jako plan filmowy. Myślę o tym, że ktoś musiał wcześniej ułożyć każdą cegłę, postawić każdą ścianę i wznieść dach. Myślę o tym, że ludzie, którzy przebywają w tej przestrzeni, są aktorami odgrywającymi swoje role – i cały czas pamiętam o tym, że i mnie ktoś może oglądać.
Tata mówił, że zawsze staramy się wracać do tego, co dobrze znamy. Ten sam smak pizzy, ten sam szampon, ta sama piosenka, ci sami ludzie. Oswajamy pewne rzeczy i się ich trzymamy. Jesteśmy istotami, które kierują się przyzwyczajeniem.
Siedemnastoletnia Bea Washington wychodzi z ośrodka odwykowego. Już nie bierze i jest czysta. W ośrodku odkryła u siebie niesamowity talent. Jeśli rysuje w czyjejś obecności, przelewa na papier myśli tej osoby. Z detalami. Tymczasem miastem wstrząsa seria okrutnych morderstw na tle seksualnym, których ofiarami padają młode dziewczyny. Bea, korzystając ze swojego daru, postanawia rozwikłać tę zagadkę.
- Nazywam się Bea, jestem narkomanka i alkoholiczką.Nienawidzę tego, co powiedziałam, i mówię to tylko dlatego, że mi kazali. Takie są wytyczne tego ich żałosnego „klubu”, do którego siłą wepchnęli mnie rodzice.
Po raz pierwszy doświadczyłam tego na odwyku, kiedy wszystko zlewało mi się w koszmarny, okropny zmaz. Oblewał mnie pot, cierpiałam na bezsenność, miałam drgawki. Próbowałam się czymś zająć, oderwać się od świata rysowaniem, rysowaniem i rysowaniem. Kiedy brałam ołówek i skupiałam się na szkicowniku, ręce przestawały mi się trząść, odzyskiwałam choc odrobinę kontroli. Swój kajet nosiłam ze sobą wszędzie, mówiłam, że to moja biblia, i w pewnym sensie faktycznie tak było.
Siedzimy, trzymamy się za ręce, młodzi, starzy, grubi i chudzi, ładni i brzydcy, faceci i babki, zupełnie różni i tacy sami. Karin rozpoczyna spotkanie. – Punkt numer jeden na naszej liście… Bea, cztery miesiące na trzeźwo, gratulacje! (…) – Łał… cztery miesiące. Nieźle. Ale, cholera, ostatni miesiąc nie był łatwy, to na pewno. Prawie każdego dnia myślałam żeby sobie coś strzelić, i parę razy niemal uległam pokusie.
Książka zarówno wstrząsająca, jak i pełna nadziei.
Kątem oka dostrzegam jakiś ruch przy stodole. Kiedy tam patrzę, to coś znika. Chwileczkę. Pojawia się znowu, tym razem przy polu kukurydzy. Ten sam ruch, to samo coś.
Mama i ja od lat uciekamy. Za każdym razem, gdy on nas odnajduje, przeprowadzamy się w nowe miejsce i zaczynamy wszystko od początku. Ale to miejsce jest inne. Jest pełne tajemnic. A te tajemnice nie zostawią mnie w spokoju.
Może zobaczyłem tylko cień chmury przemykający przez szybę okna? A jeśli się mylę. Spokojnie. Straszę się bez powodu. Kto miałby być wewnątrz domu? Złodziejowi wystarczyłoby jedno spojrzenie na te ruderę, aby wiedzieć, że nie ma tu niczego do ukradzenia. A jaki przypadkowy przechodzień włamałby się do domu na takim pustkowiu?
Spoglądam przez okno na otwór w ścianie stodoły. Właściwie byłoby super, gdyby rzeczywiście był tu jakiś duch. Przynajmniej miałbym z kim pogadać. A Jacky czy ktokolwiek, z kim rozmawiałem, wydawał się zawsze całkiem miły. Może dziwny, ale kto nie stałby się dziwny, gdyby dorastał na kompletnym odludziu z obłąkanym ojcem i wszystkimi tymi psami? A zresztą, co jest złego w byciu dziwnym? Wielu ludzi uważa mnie za dziwnego. Jacky jest po prostu samotny. Mamy ze sobą wiele wspólnego.
Po prawej. Pomiędzy skałami jest szczelina. Tak, tutaj. Wciskam się do środka najgłębiej, jak mogę. Słyszę tylko wycie wiatru i bicie mojego serca. Nagle wszystko cichnie. Słychać tylko cichy świst wiatru między skałami.