środa, 15 stycznia 2020

Stramer - Mikołaj Łoziński


Mikołaj Łoziński
Stramer
Wydawnictwo Literackie
ISBN 978-83-08-06946-2

Z końcem roku zawsze wiążą się podsumowania i rankingi. Jeśli chodzi o te literackie, to wszędzie pojawiała się najnowsza powieść Mikołaja Łozińskiego. Nie dziwne wcale, ponieważ jak Łoziński coś napisze, rzadko, to mamy do czynienia z porządną literaturą. W roku 2006 pojawiła się jego debiutancka książka, Reisefieber i na dobry początek Nagroda Kościelskich. Pięć lat później wgryzająca się w historię rodziny Książka (swoją drogą rodzina z wielką historią, a do tego ojciec – znany na świecie reżyser filmów dokumentalnych, podobnie brat Mikołaja) - i wpada Paszport “Polityki”. Dziewięć lat trzeba było czekać na Stramera - poczekajmy do października i będziemy mieli laureata NIKE, ktoś chce się założyć? Skupmy się na książce, bo ta jest arcyciekawa. Wielowątkowa, pozornie prosta, w tej prostocie piękna, w tym pięknie prawdziwa, w tej prawdzie dobra, udała się panu Łozińskiemu ta książka.
W powieści zostają przedstawione losy żydowskiej rodziny Stramerów od końca XIX wieku (pobieżnie) do czasów II wojny światowej (z każdym rokiem akcja się zagęszcza). Senior rodu, czyli Nathan, wraca do rodzinnego Tarnowa (wtedy jeszcze Galicja, więc część Austro-Węgier, a nie Polski) z Nowego Jorku, zostawiając tam swojego starszego brata Bena, który ciężko pracuje i jego biznes prosperuje. Z Ameryki Nathan przywozi porządny amerykański pas ze sprzączką i kilkanaście zwrotów po angielsku, których nikt nie rozumie oraz sen, tak samo amerykański jak pas, by zbić fortunę jak najniższym kosztem. W Tarnowie na Nathana czeka Rywka, będą mieli siedmioro dzieci (jedno umrze niedługo po urodzeniu); rodzina Stramerów powiększy się kolejno o Rudka, Renę, Salka, Hesia, Nuska i Welę. Każde z rodzeństwa będzie się znacznie od siebie różniło pod względem charakteru i predyspozycji, ale z jednym wyjątkiem wszystkich będzie łączyła pracowitość. Będziemy się przyglądali dorastającej latorośli, przygodom, pierwszym miłościom i ważnym wyborom, a także kolejnym nieudanym próbom rozkręcenia intratnego interesu w wykonaniu Nathana za dolary przesyłane przez brata. Za oknem mieszkania Stramerów przewalać się będzie Historia, mieląca wszystko i wszystkich, którzy staną jej na drodze.
Łozińskiemu udała się ogromna sztuka oddania głosu bohaterom, a nie wielkiej historii, dzięki czemu do rąk czytelnika trafia nadzwyczajnie zwykła opowieść o ludziach, którym rzeczywiście przyszło żyć w danym czasie. Zarówno Stramerowie, jak i postacie drugiego planu nie są jedynie marionetkami w rękach twórcy chcącego przedstawić losy tarnowskich Żydów na przestrzeni kilku dziesięcioleci, lecz żyją naprawdę na kartach powieści, jak napisał w blurbie Adam Zagajewski, “nie wiedzą, co ich czeka”, mogą jedynie przeczuwać to, co my wiemy bardzo dobrze. Razem ze Stramerami przechodzimy przez całe dwudziestolecie międzywojenne, a każde z dzieci przypomina słój drzewa, każde inne i inne wartości wyznające, będące reprezentantem czasu, w jakim przychodzi mu dojrzewać. Będziemy mieli najbardziej łebskiego Rudka, który z dystansem będzie przyglądał się zmianom w Polsce, podczas gdy Hesio i Salek wstąpią do partii komunistycznej, choć ich działania będą się różniły.
Stramera możemy wpisać w nurt książek odkłamujących historię dwudziestolecia, jednak sposób, w jaki Łoziński dokonuje tego odkłamania, nie ma na celu budzenia kontrowersji, tylko oddania sprawiedliwości ludziom wtedy żyjącym. Przejdziemy przez biedę i bezrobocie, zachłyśnięcie się komunizmem i prześladowania czerwonych; zobaczymy rozbudzenie nastrojów nacjonalistycznych i rosnącą niechęć do Żydów; staniemy się świadkami nadziei na lepszą, świetlaną przyszłość i zdruzgotanych marzeń, i zrównanych z ziemią planów. To wszystko dziać się jednak będzie w tle, gdy na pierwszym planie bohaterowie będą odnosić sukcesy i ponosić porażki, kochać się i zdradzać, zyskiwać i tracić. Trudno mi powiedzieć dlaczego, ale czytanie tej powieści przypominało mi łupanie orzechów. Może dlatego, że powoli i metodycznie przebijamy się przez skorupę historii i wielkich zdarzeń, które wydają się solidne i ważne, by wydobyć z niej to, co naprawdę istotne
Tak sobie myślę, że Stramer Mikołaja Łozińskiego powinien trafić do kanonu lektur szkolnych, np. za Przedwiośnie Żeromskiego. Oczywiście, zaraz odezwie się jedna z drugim, że jak to, po co, że nie można, że hańba, ignorancja i upadek wartości. Pomyślmy jednak, ile sprawiedliwszy obraz tamtych czasów otrzymujemy w powieści Łozińskiego, ile szersze spojrzenie na temat, a przy okazji styl przystępniejszy (o wiele!) i język plastyczniejszy (bez porównania!). Przy okazji może jeszcze kogoś zainteresuje czytanie, choć niektórym może to być nie na rękę, by młodzież nauczyła się myśleć, bo to niebezpieczna i niepożądana dla obywatela umiejętność. Żeromski będzie bezpieczniejszy, większość odstraszy (proszę wybaczyć, panie Żeromski, że to panu się oberwało, ale po stu latach pana książki trącą myszką [na marginesie dodam, że Sienkiewicza też]).
Czy Stramer rzeczywiście jest najlepszą polską powieścią ubiegłego roku? Trudno orzec, niemniej jednak mamy do czynienia z książką co najmniej bardzo dobrą, a jednocześnie ważną i potrzebną. Serdecznie polecam wam opowieść o losach rodziny Stramerów pióra Mikołaja Łozińskiego, który udowodnił, że warto poczekać nie tylko dziewięć lat na kolejną powieść, na taką warto by było choćby i dziewięć razy tyle.

niehalo
Dziękuję

Książka bierze udział w wyzwaniach:
Akcja 100 książek w 2020 roku – 7/120; Czytam, bo polskie; Mierzę dla siebie – 3,7 cm; Zatytułuj się 3 – R; Olimpiada czytelnicza – 440 stron; Tygodniowe wyzwanie książkowe – 151. - województwo małopolskie

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza