Laura Cumming
Grom z jasnego nieba
Opowieść o sztuce, życiu i nagłej śmierci
Thunderclap: A Memoir of Art and Life and Sudden Death
przekład: Anna Sak
Wydawnictwo Literackie
ISBN 978-83-08-08687-2
W historii sztuki są momenty, które brzmią jak nagły trzask zamykanych drzwi. Jednym z nich był dzień 12 października 1654 roku, gdy w Delft eksplodował magazyn prochu. Wybuch zniszczył część miasta, zabił setki ludzi i przerwał życie młodego malarza Carela Fabritiusa. Z tej katastrofy ocalało zaledwie kilka jego obrazów. Najsłynniejszy z nich przedstawia małego ptaka przykutego do karmnika. “Szczygieł” patrzy na widza z niezwykłą intensywnością, jakby był świadkiem czegoś, czego my już nigdy nie zobaczymy.
Od tej ciszy po wybuchu zaczyna się książka Laury Cumming. Szybko jednak okazuje się, że nie jest to ani klasyczna biografia, ani monografia jednego artysty. To raczej literacka podróż przez malarstwo holenderskiego zlotego wieku - epoki, w której światło stało się jednym z najważniejszych bohaterów sztuki.
Fabritius jest tu punktem wyjścia, nie jedyną postacią tej opowieści. Cumming prowadzi czytelnika przez cały pejzaż siedemnastowiecznego malarstwa: przez pracownię, w których powstawały obrazy, przez miasta pełne kanałów i ceglane domy o wysokich oknach, przez wnętrza, gdzie światło wpadało na podłogę jak cichy gość.
W tym świecie pojawia się oczywiście Rembrandt - mistrz, którego pracownia była dla wielu artystów szkołą patrzenia. Jego obrazy w książce Cumming przypominają źródło gęstego,dramatycznego światła: pełnego cienia, skupionego na ludzkiej twarzy i emocji.
Obok niego pojawia się Johannes Vemeer, malarz ciszy i skupienia. W jego obrazach kobiety czytają listy, nalewają mleko albo stoją przy oknie, a jednak wszystko wydaje się w nich napięte jak struna. Cumming pisze o tych scenach z czułością, jakby były fragmentami zatrzymanego czasu.
Jest także Pieter de Hooch, mistrz codzienności, który potrafi z prostego dziedzińca czy kuchennego wnętrza stworzyć przestrzeń niemal architektonicznej harmonii. Są Frans Hals ze swoja żywiołową energię portretów, a także artyści dziś mniej znani, lecz równie ważni dla epoki.
Właśnie z tych spotkaniach z różnymi obrazami książka nabiera prawdziwego rozmachu. Cumming pokazuje, że holenderskie malarstwo XVII wieku było czymś więcej niż realistycznym zapisem życia mieszczańskiego. było eksperymentem z widzeniem.
Artyści próbowali uchwycić to, co najbardziej ulotne: moment, w którym światło dotyka przedmiotu; cień przesuwający się po ścianie; spojrzenie, które trwa tylko przez chwilę.
Dlatego Fabritius - choć obecny w centrum opowieści - wydaje się częścią większej historii. Był jednym z tych, którzy próbowali zobaczyć świat inaczej. Jego obrazy, szczególnie “Szczygieł”, mają w sobie coś zaskakująco współczesnego: minimalizm, subtelną grę z przestrzenią, wrażliwość na iluzję.
W centrum tej opowieści raz po raz powraca właśnie ten niewielki obraz. Ptak przytwierdzony cienkim łańcuszkiem do drewnianej obręczy wydaje się niemal banalnym motywem, a jednak kryje w sobie niezwykłe napięcie. To stworzenie jednocześnie spokojne i uwięzione, obecne i kruche. W interpretacji Cumming, “Szczygieł ” staje się niemal symbolem samej sztuki: czegoś delikatnego, co potrafi przetrwać katastrofy historii, choć samo powstało z bardzo kruchego życia.
Holenderskie malarstwo XVII wieku w ogóle zdaje się opierać na podobnym paradoksie. Artyści tej epoki nie malują wielkich mitologicznych scen, lecz fragmenty codzienności - światło na ścianie, kobietę przy stole, ulicę zalaną południowym słońcem. A jednak w tych drobnych momentach kryje się niezwykła intensywność widzenia. Malarze złotego wieku uczą patrzeć powoli: zauważać cień, fakturę cegły, połysk metalu czy milczenie wnętrza. To sztuka, która nie krzyczy, lecz zaprasza do skupienia.
Dlatego właśnie patrzenie w tej książce nabiera niemal egzystencjalnego znaczenia. Obraz staje się spotkaniem dwóch spojrzeń oddzielonych stuleciami: tego, które kiedyś patrzyło na świat z pędzlem w ręku, i naszego - współczesnego. Cumming sugeruje, że dopiero w tej chwili spotkania dzieło naprawdę ożywa, jakby światło uchwycone na płótnie zapalało się na nowo za każdym razem, gdy ktoś zatrzyma przed nim wzrok.
W opowieści o obrazach pojawia się ojciec autorki - malarz, który nauczył ją patrzeć. Wspólne wizyty w muzeach, rozmowy o kolorze i kompozycji, drobne uwagi wypowiadane mimochodem: wszystko to sprawia, że historia sztuki staje się jednocześnie historią dziedziczenia wrażliwości.
Właśnie dzięki temu “Grom z jasnego nieba” nie jest tylko książką o obrazach. To także opowieść o pamięci; o tym, jak patrzenie przechodzi z jednego pokolenia na drugie, jak uczymy się widzieć świat poprzez czyjeś spojrzenie.
Na końcu pozostaje dziwne uczucie ciszy, które pojawia się po czymś intensywnym - po muzyce, po rozmowie, po nagłym zrozumieniu.
Być może właśnie o tym jest ta książka - o chwilach, w których sztuka uderza w nas niespodziewanie, jak grom z jasnego nieba - i ten moment rozświetla wszystko wokół. I może dlatego obrazy holenderskiego złotego wieku wciąż patrzą na nas tak przenikliwie, jakby wiedziały, że światło uchwycone przez malarza, potrafiło przetrwać nawet najsilniejszy wybuch historii.
monweg
Dziękuję




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz