wtorek, 24 grudnia 2024

Opowiadanie w prezencie - Szymon Wegner

 Opowiadanie w prezencie

Szymon Wegner

Zaczęło się od tego, że Jastrzębski umarł. Miało to miejsce pięć lat temu w wigilię, jeszcze przed covidem. Umarł stosunkowo młodo, przed czterdziestką, serducho mu siadło, nie wytrzymało tempa, które Jastrząb mu narzucił. Zostawił po sobie apartament z tarasem w nowym budynku zbudowanym na gruzach starej kamienicy, której starzy lokatorzy nie pasowali do nowej wizji starej, ale bardzo modnej od niedawna dzielnicy, więc musieli przenieść się do nowego lokum socjalnego, by na ich dawnym miejscu mogli zamieszkać nowi lokatorzy, w tym Jastrzębski; w parkingu podziemnym zostały dwuletnie terenowe bmw i sportowe porsche; żadnych dzieci, partnerki ani partnera, psa, kota ani nawet złotej rybki.


Tak naprawdę majątek Jastrzębskiego nie był majątkiem Jastrzębskiego, tylko firmy budowlanej, której Jastrzębski był prezesem razem z Wilczyńskim. I teraz Wilczyński zarządzał firmą sam, przejął apartament wspólnika i połączył ze swoim, znajdującym się w drugiej części piętra i dołożył samochody Jastrzębskiego do swojego land rovera i mercedesa w cabrio. Wilczyński opłacił z firmowych pieniędzy wielką kaplicę nagrobną dla Jastrzębskiego, ale do tej pory jej nie widział, bo zawsze było coś do załatwienia, a poza tym to byłaby strata czasu, w końcu Jastrzębski i tak nie żyje, nie zrobi mu to różnicy. Na pogrzebie zresztą też nie był, bo miał wtedy spotkanie w sprawie przetargu na budowę tbs-u, wysłał asystentkę; na cmentarzu wieńce składali głównie oddelegowani przez swoich dyrektorów, prezesów i ceo pracownicy najniższego biurowego szczebla. Wilku nawet lubił Jastrzębia, wspomniał go krótko nad drinkiem podczas biznesowego lunchu - anegdotka o tym, jak drapieżnie Jastrzębski rozegrał kontrahentów podczas ich pierwszego większego zlecenia, rujnując mały rodzinny zakład betoniarski i nasyłając na siebie dwóch poważniejszych graczy, którzy później stracili na powadze. Jastrzębski umarł, bez dwóch zdań, a pozostało po nim parę historii ze światka przedsiębiorców.


Wilczyński nie lubił świąt, interesy w jego branży trafiały na tydzień do zamrażarki, żeby znowu ruszyć w nowym roku. Oprócz brata nie miał już żadnej rodziny, a jego uważał za totalnego przegrywa, bo pracował na etacie w szkole i twierdził, że ludzie nieobrotni i bez pomysłu na siebie powinni godnie zarabiać, a tych, którzy ciężką pracą, jak Wilku, odnieśli sukces, chciałby zawalić podatkami, żeby oddawali połowę hajsu. I co, może jeszcze cała ta kasa miałaby pójść na nierobów śmierdzących?! Nie wytrzymałby z tym idiotą i jego niewydarzonym chłopakiem ekoświrem nawet kwadransa. Raz umówił się z nimi w jakiejś wegańskiej knajpie, w której wszyscy byli ubrani jak bezdomni, brat wiercił mu o to spotkanie dziurę w brzuchu przez kilka miesięcy i ledwo dał radę usiedzieć do końca bobowego steka czy innego shitu z ciecierzycy. Non stop pytali Wilczyńskiego, czy zatrudnia Ukraińców na umowę o pracę, czy korzysta z materiałów z recyklingu albo jaki jest jego stosunek wobec działalności przedsiębiorców budowlanych. Oczywiście, używali tego pogardliwego zwrotu typowego dla ludzi, którzy nie rozumieją, co to znaczy odnieść sukces i dbać o ciągły rozwój - patodeweloperka! Nie, dla Wilka święta nie miały sensu, chociaż przynajmniej panował wtedy mniejszy tłok na siłowni.


W tym roku ostatnie tygodnie były dla Wilczyńskiego wyjątkowo męczące. Zaczęło się od pozwu, że na jego budowie nie są przestrzegane zasady bhp, później ktoś się przyczepił do złej jakości materiałów, które nie spełniały warunków zapewnionych w umowie przetargowej, a jeszcze na trzy dni przed wigilią jeden z podwykonawców zrobił sobie wolne, żeby spędzić więcej czasu z rodziną. Cały świat grał przeciwko Wilkowi. Każdy tylko czekał na to, żeby go oskubać, od fiskusa po wariatów z puszkami na cele charytatywne. Wilczyński stwierdził na dzień przed wigilią, że wybierze się na małe wakacje, najlepiej tam, gdzie słońce świeci dłużej niż dwie godziny w tygodniu, jest ciepło, a widoki są lepsze niż w postsowieckim mieście - padło na Maderę, pieprzony raj na Ziemi. Żadnych ludzi, którzy będą zawracać mu głowę; żadnych problemów z roszczeniami pracowników i odbierających; żadnych głupich telefonów od kontrahentów; żadnych pretensji o to, że znów nikt nie dostał premii świątecznej; żadnego bla bla bla. Naładuje akumulatory i wróci z nową siłą, może właśnie tego mu potrzeba, dystansu od tego całego syfu.


W wigilię Wilczyński wpadł jeszcze na chwilę do biura, żeby przed wyjazdem osobiście wydać dyspozycje swojej sekretarce. Pomyśleć, że chciała wziąć dzień bezpłatnego urlopu, żeby pojechać wcześniej do rodziny; musiał jej przypomnieć, że może przecież iść na zasiłek, jeżeli nie lubi pracować. Podczas pakowania walizki zauważył, że brakuje mu kąpielówek, więc podjechał do galerii, żeby na szybko dokupić jeszcze parę innych rzeczy. I tu znów durne święta rzuciły mu kłodę pod nogi. Spóźnił się o całe pół godziny, bo jacyś kretyni uznali, że tego dnia sklepy mają być czynne tylko do południa. Wkurzony wrócił do domu i odgrzał sobie obiad wysokobiałkowy z pudełka, a później dokończył pakowanie. Była dopiero siedemnasta, ale ciemno jak w nocy, więc postanowił się położyć, bo lot miał zaplanowany na 4.30. Wilku nastawił budzik i wskoczył do łóżka, zawsze zasypiał bez problemu i spał jak niemowlę.


W tym momencie Wilczyński powinien usłyszeć jakieś hałasy dochodzące z korytarza, może jakieś łańcuchy albo chociaż zgrzytanie zębów. Powinien wstać i sprawdzić, skąd ten rumor, napotkać na swojej kanapie modułowej albo w skórzanym fotelu w pokoju muzycznym ducha dawnego wspólnika, który powinien przestrzec Wilka przed życiem w egoizmie i nienawiści do ludzi oraz zapowiedzieć wizytę duchów świąt, które mu pokażą to i tamto, a Wilczyński nagle pojmie, jakim jest człowiekiem i nagle się zmieni. Byłoby tak, gdyby duch Jastrzębskiego przejmował się losem żyjącego współpracownika i próbował zmazać swoje winy. Problem w tym, że duch Jastrzębskiego ma Wilczyńskiego prawdopodobnie w głębokim poważaniu, bo to dla niego żaden interes, ale nie sprawdzimy tego, ponieważ duchy nie istnieją. Zatem Wilczyńskiemu nie przyśni się nic złego, nikt go nie odwiedzi; wstanie po prostu w środku nocy i uda się na lotnisko, by spędzić kilka ostatnich dni roku w turboluksusowym hotelu, w którym wszyscy będą go obiegać, żeby za wszelką cenę zadowolić.


Nic nie wstrząśnie Wilczyńskim, po powrocie z Madery wymieni sekretarkę na inną, rozwiąże współpracę z polskimi dostawcami na rzecz dużo tańszych azjatyckich i spróbuje przeforsować nowy plan zagospodarowania przestrzennego osiedla na dawnych terenach zalewowych, trzeba będzie tylko przekonać mieszkańców do przeprowadzki. Przed śmiercią Jastrzębskiego Wilczyńskiego mało kto lubił, później już tylko się go bano. Nikt nie chciał mieć w nim wroga, więc wielu zabiegało o jego względy, by za plecami wyzywać go od największych łajdaków na świecie. Życzę wam z całej duszy, żeby tak o was nigdy nie mówiono i myślano, a Wilczyńscy tego świata zechcieli zobaczyć, że dokoła nich także żyją ludzie.


niehalo



I ja przyłączam się do słów zawartych w tym tekście i również życzę Wam zdrowych i spokojnych Świąt Bożego Narodzenia. Mam nadzieję, że wśród czytających to opowiadanie nie ma zbyt wielu „Wilczyńskich”.


monweg

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz